Lot do Iranu – krótka historia

Categories Iran, Przygotowania
Bristol, UK Fot. S. Dimtchev

Wraz z rozpoczęciem pracy w korporacji finansowej podjęłam decyzję o wyjeździe do Iranu jeszcze w tym samym roku. W ostatnich latach poszłam na wiele kompromisów, kompletnie zapominając o sobie, swoich potrzebach, marzeniach i dawnych celach. Wszystko to zostało pokryte grubą warstwą lęku o przyszłość moją i bliskich, niespodziewanych rozmiarów paranoją, że komuś dla mnie ważnemu coś się stanie i cała odpowiedzialność będzie tylko na mnie spoczywać (skąd mi się to wzięło?!). I co wtedy, trzeba pracować, pracować, pracować. Już, i teraz do upadłego, potem może zabraknąć… Nie wiem czego, chyba życia, bo przy tak szalonej spirali strachu i poczucia braku wyjścia łatwo jest rozważać alternatywne scenariusze ostatecznych rozwiązań.

Sprawdzaj, sprawdzaj!

W styczniu 2016 r. zaczęłam pracować w korporacji, wkraczając na ścieżkę „kariery” tak bardzo odległą od mojego wykształcenia, wiedzy, umiejętności i, co gorsza, poglądów, jak odległe jest Słońce z perspektywy Plutona. Jakie życie, taki rap, jak mawiał jeżycki klasyk. Postanowiłam sobie, że coś, poza pełną stabilizacją finansową, będę z tego miała i była to… Destabilizacja psychiczna. Żartuję. To znaczy to też, ale jako efekt uboczny, nie plan. To COŚ to był mój Iran. Uparłam się na niego i koniec, kropka, wiedziałam, że tam pojadę, choćbym miała jeść kaszę z koncentratem pomidorowym  przez kolejne miesiące– bilety w styczniu/lutym na jesień tego samego roku kosztowały po ok. 2000 zł w wersji najtańszej.

Taka drastyczna dieta na szczęście nie była konieczna. Po wstępnych kalkulacjach okazało się, że najwięcej będzie nas kosztował przelot z i do Iranu, a resztę jakoś się upchnie (choć i tak jeszcze wtedy zakładałam dużo wyższe ceny). Od stycznia kilka razy w tygodniu sprawdzałam wyszukiwarki lotów. Wiedziałam już, że leci się przez Ateny albo Istanbuł. Brałam pod uwagę loty nie tylko z Warszawy, ale również z Berlina i Pragi. Czasami odpalałam Skyscanner kilka razy dziennie, wlepiając oczy we wciąż wysokie ceny jak sroka w gnat.

Loty zaczęły tanieć późną wiosną, około maja. Ciągle nie mieliśmy wystarczającej kwoty. Kiedy na początku czerwca (chyba z okazji dnia dziecka, Tato;), ceny spadły do 2000 zł za dwie osoby w obie strony, podjęliśmy decyzję o kupnie. Lot Ukrainian International Airlines, Warszawa-Kijów-Teheran-Kijów-Warszawa, listopad 2016. Już prawie mieliśmy płacić za bilety, kiedy postanowiliśmy po raz ostatni sprawdzić inne daty na lot z Berlina i HURRA – 600 zł taniej niż z Warszawy za dokładnie taki sam lot, tymi samymi liniami, tego samego dnia. Do Berlina bliżej, taniej,  zaoszczędzoną kasę mogliśmy od razu przeznaczyć na wyrabianie wiz.

Ahoj, przygodo!

O 2.40 12 listopada mieliśmy PolskiBus do Berlina. Na szczęście był pusty, mogłam się położyć na dwóch siedzeniach i spać. Niestety, aż do granicy budziłam się regularnie, kiedy autobus podskakiwał na dziurach, a moja głowa uderzała o oparcie fotela – stan dróg jaki w Polsce jest, każdy wie. Po przekroczeniu granicy, aż do samego Berlina, spałam snem niemowlaka.

Jak z ZOB dostać się na Tegel?

Z ZOB-u (Zentraler Omnibusbahnhof Berlin) bez najmniejszych problemów dojechaliśmy dwoma autobusami na lotnisko Tegel. Trzeba złapać autobus M49 z przystanku Haus des Rundfuks, wysiąść na przystanku Keiser-Fiedrich Str./Kantstr. (pod supermarketem azjatyckim), następnie cofnąć się za róg na przystanek z widokiem na wiadukt kolejowy (nie przechodzić przez ulicę) i stamtąd złapać autobus linii 109, który zawiezie nas już pod samo lotnisko (ostatni przystanek). Łączny koszt biletów – 5,40 € za osobę, czas przejazdu – ok. 40 minut wraz z czekaniem na autobusy.
Zabawna sytuacyjka: tym samym PolskimBusem, co my, jechały dwie Polki, też wybierające się na lotnisko. Kiedy staliśmy na pierwszym przystanku podeszły do nas i zapytały, jak mogą dostać się na Tegel. Nigdy nie zrozumiem braku podstawowego przygotowania do podróży. Wszystko jest w internecie, trzeba tylko poszperać. Liczenie na to, że ktoś nam zawsze w czymś pomoże może skutkować z jednej strony nawiązaniem kontaktów, z drugiej jednak (i pewnie jest to częstszy skutek) spóźnieniem na samolot czy innym niedotarciem do celu.

Wehikuł czasu

Choć wcześniej obawialiśmy się różnych nieprzewidzianych wypadków: spóźnionego autokaru, trudności z dotarciem na lotnisko i innych udziwnień na trasie, wszystko poszło gładko. Na lotnisko dotarliśmy z dużym zapasem czasu – mając samolot o 11.20, o 8.30 byliśmy już na właściwym terminalu i znaliśmy numery bramek i stanowisk do odprawy.

Po wstępnym zwiedzaniu terminalu C na Teglu, wybraliśmy jedno z dwóch miejsc, gdzie można było coś zjeść. Dotaszczyliśmy tam nasze plecaki (było za wcześnie, by je nadać) i zamówiliśmy kawy i kanapki. Nie wiem, jak wygląda Schönefeld, ale Tegel C to skansen. Czułam się, jakby mój lot miał miejsce w 1991 r. (po wyglądzie naszego samolotu można powiedzieć, że jednak był to rok 1984, ale o tym później) – chyba nic tam się od tych czasów nie zmieniło. Miejsce dość obskurne (zwłaszcza w porównaniu z innymi lotniskami, na których miałam okazję być). Trzy toalety a wiele pasażerek. Brudne ściany, stare podłogi, brudne krzesła. Jeden salonik prasowy, jedna „przyczepka” z kawą i herbatą, jedna kawiarnia i jeden fast food. Dwa ostatnie były obok siebie i stoliki dla klientów były wspólne. Mieliśmy nadzieję na kilka godzin na uboczu, w cichej, lotniskowej knajpce, gdzie moglibyśmy odpocząć przed dalszą podróżą, czytając. Nie na Tegel. Tam siedzenia są niemalże w przejściu, tuż przy drzwiach dla powracających z podróży. Siedzieliśmy znudzeni na niezbyt wygodnych krzesłach barowych, popijając nasze kawy i przegryzając bułki. Byliśmy tak zmuleni, że nawet nie chciało nam się ze sobą gadać. Ja dodatkowo starałam się opanować swój strach przed lataniem wyobrażając sobie, że jestem na dworcu autobusowym, co nie było takie trudne ze względu na wygląd lotniska. Patrzyłam gdzieś w punkt za szklanymi drzwiami, odpływając myślami coraz dalej od miejsca, w którym się znajdowałam i wtedy…

USŁYSZELIŚMY PRZERAŹLIWE WRZASKI I PISKI. Prawie dostałam zawału. Najpierw stanęło mi serce, a potem zaczęło walić, jakbym biegła. Czułam napięcie w całym ciele. Zmroziło mnie. W sekundę przeleciało mi przez głowę tysiąc myśli, pierwsza była taka, że coś się na tym zachodnim lotnisku zawaliło (jego stan techniczny!!!), druga taka, że coś się komuś stało: dostał ataku padaczki, ataku serca. Powoli odwróciłam głowę w kierunku źródła krzyku… I myślałam, że uduszę cztery niemieckie nastolatki. To one prawie mnie zabiły swoim krzykiem. Nic się nikomu nie stało, żadne rury ani przewody wentylacyjne nie odpadły z sufitu, żadna ściana się nie zawaliła. Nastolatki ucieszyły się na widok przyjaciółki, na którą cierpliwie przy drzwiach prowadzących z hali przylotów. Kiedy je zauważyłam już nie krzyczały, ale ściskały się i płakały. Okej, laski. To była wasza kumpela, pewnie nie widziałyście się z rok. Ale do diabła! Lotnisko nie jest najlepszym miejscem do wszczynania takich alarmów. Wszyscy wokół nas też zamarli. Aż mnie zdziwiło, że nikt z obsługi nie podszedł do dziewczyn i im nie zwrócił uwagi. Zgadywałabym, że za coś takiego grozi grzywna. No cóż, może nie w 1991 r.

Nasz samolot miał kilkudziesięciominutowe opóźnienie, ale przez przybycie tak wcześnie na Tegel miałam wrażenie, że czekamy wieczność. Wzmagające się uczucie głodu, brudne poczekalnie i ogólna wrażenie nieprzyjemności miejsca wzmagało to uczucie. Nie lubię latać, ale uwielbiam lotniska za ich czystość, nowoczesność, sklepy, w których nigdy nic nie kupię, ale sobie pooglądam, wygodne fotele i szezlongi, wtyczki co kilka miejsc, miłą obsługę. W 1991 roku niestety nie mieli nic z tych rzeczy. Był sklep w strefie bezcłowej, ale był on częścią korytarza i cały czas przewalało się przezeń mnóstwo osób po odprawie osobistej. Jakby tego było mało, mieliśmy okazje zaobserwować chyba najohydniejszą rzecz do zjedzenia, zwłaszcza o 10.00 rano. Jedyna, po stronie hali odlotów budka z jedzeniem, serwowała wursty. Nie byłoby w tym nic dziwnego, w końcu byliśmy w Niemczech. Były to WURSTY NA ZIMNO. Z keczupem i musztardą i pajdą wybielonego chleba. Zimny wurst. Zimny wurst z zimnym keczupem Zimny wurst z keczupem i chemicznym pieczywem. Czujecie, jak wam się podnosi? Ja tak, na samo wspomnienie i przywołanie obrazu pana, który się tym zajadał. I wrócił po następną porcję. Nie, nie mogliśmy się przesiąść, nie było gdzie. Miejsce w poczekalni z widokiem na zimne, niemieckie wursty było nam przeznaczone.

Samoloty to najbezpieczniejszy środek transportu

Jak już wspominałam, boję się latać. Naprawdę się boję, to nie jest tylko mały stresik, czy zdenerwowanie, o którym można zapomnieć. Ja za każdym razem, kiedy jestem na pokładzie samolotu, a już zwłaszcza przy starcie i lądowaniu, jestem pewna, że maszyna się rozbije. Nie ważne, że latałam już kilkadziesiąt razy i że był czas, że kilka razy w roku. Mój tata myślał, że żartuję, dopóki nie siedział obok mnie i nie zobaczył na własne oczy, jak naprzemiennie blednę i zielenieję. Z Mateuszem latałam więcej razy i on jest przygotowany na moją cichą panikę, ale co z tego, mi obecność bliskiej osoby wcale nie pomaga. Kiedy zafascynowałam się serialem dokumentalnym „Katastrofy w przestworzach”, oglądanym na YouTube’ie, byłam pewna, że lęk opanowany – miałam okazję przekonać się, że nawet lot bez paliwa nie oznacza rozbicia maszyny. Najwyraźniej wydawało mi się tylko. Strach pokonałam w teorii, zbierając wiedzę. W praktyce jednak nadal jednak słyszę w głowie głos: „itaksięrozbijemyitaksięrozbijemyitaksięrozbijemyitaksięrozbijemy”.

Nie inaczej było tym razem. A teraz proszę, dodajcie do siebie częściową (bo jednak latam) aerodromofobię i boeinga 737-300 (stawiam, że był to model pamiętający swój pierwszy lot z 1984 r.) który wyglądał, jakby dzień wcześniej ktoś na nim namalował firmowe kolory UIA. Nie lepiej było w środku. Próbowałam sama siebie przekonać, że może ten model nie jest aż tak bardzo stary, kiedy zobaczyłam… Popielniczki na oparciach foteli. Jak latam, w tak starej maszynie nie siedziałam. Folklor pasażerski też był bardzo ciekawy. Wsiadaliśmy jako jedni z ostatnich i, w przeciwieństwie do współpasażerów, nie mieliśmy zbyt dużego bagażu podręcznego, wystarczyło nam, chyba jako jedynym, miejsce pod fotelami. Problem znany klientom Ryanaira z trasy Polska-Irlandia najwyraźniej nie jest obcy pasażerom z lotu Berlin-Kijów – brak miejsca w schowkach nad fotelami. Mieliśmy okazję zaobserwować ciekawą scenkę, rozgrywającą się na fotelach tuż przed nami. Wsiadające po nas pasażerki z oburzeniem zauważyły, że nie mają gdzie wcisnąć swoich 50 toreb, worów, worków i woreczków. Jedna z nich – Jędza Od Podręcznego – zapytała (zakrzyczała..) cały tył samolotu, czyje są te rzeczy. Dziewczyna siedząca przed nami powiedziała, że jej. To co nastąpiło później przyprawiło mnie o wytrzeszcz oczu, opad szczęki i chęć reakcji, która nie mogła się zrealizować ze względu na braki językowe. Jędza Od Podręcznego wyciągała kolejno torby, kurtkę i inne pakunki i rzucała nimi w dziewczynę. To chyba zdarza się często w samolotach tych linii. Nikt, łącznie z obsługą, nie zareagował. Ja nie wiedziałam nawet, co powiedzieć. I w jakim języku. Byłam w szoku.

Początek lotu też był trudny – siedzieliśmy na samym końcu i telepało nami jak nigdy wcześniej. Samolot przekrzywiał się na boki i jakoś za długo pozostawał na jednej wysokości. Co sobie myślałam? „Rozbijemy się!”, a jakże! Po raz pierwszy aż mnie zemdliło z nerwów. Resztę jakoś przeżyłam, choć przez dość silne turbulencje utrzymujące się przez większość lotu nie dałam rady zasnąć.

„Davaytie, vsatavaytie!”

Kolejne zetknięcie z folklorem mieliśmy przy wysiadaniu. Kto lata wspomnianym wyżej Ryanairem, zwłaszcza z polskimi pasażerami, ten zna szczęk odpinanych pasków rozlegający się dokładnie w tym samym momencie, w którym koła maszyny stykają się z płytą lotniska. I nie mają tu znaczenia ostrzeżeni załogi i zapalone lampki informujące o konieczności pozostania w fotelu  Z ZAPIĘTYMI PASAMI. Ludzie przecież spieszą się. A teraz zagadka: jak było w trakcie tego lotu?
Wygraliście wszyscy, tak jak (prawie) wszyscy zerwali się na równe nogi, by powyciągać swoje siaty i torby ze schowków, by następnie stanąć w przejściu między siedzeniami. Kto pierwszy na schodkach ten wygrywa, a kto drugi (trzeci, pięćdziesiąty, setny) ten frajer. Zaczęliśmy się z tego bardzo śmiać. Zgasły już lampki z pasami, ale przecież zanim podepną rękaw lub podjadą schodki, minie trochę czasu. Ale ludzie już stali i się denerwowali. Byli tak ciasno zapakowani, że blokowali siebie nawzajem. A my nawet nie założyliśmy butów! Pod oknem siedziała pasażerka w średnim wieku, która już od lądowania była postawiona w stan gotowości do ucieczki z aeroplanu. Niestety, blokowaliśmy ją. Zastanawialiśmy się, kiedy da upust swojej irytacji. Maszyna dopiero co zatrzymała się i..

– Davaytie, vstavaytie!

Ja prawie wybuchnęłam śmiechem, ale nic jej nie odpowiedziałam, nawet na migi. Ludzie stojący zaczęli się niespokojnie kręcić, ale nadal nie można było opuścić pokładu.

– Nu davaytie, vstavaytie!

W tym momencie nie mogłam doczekać się chwili, z której będziemy mogli z Mateuszem z tego pożartować, ale on dzielnie komunikował się z panią, wskazując na brak możliwości opuszczenia miejsc z powodu zatoru. Minęła dłuższa chwila, ludzie zaczęli powoli wychodzić, ale korek obok nas wcale się nie zmniejszył.

– Nu davaytie, vstavaytie!

Niestrudzenie walczyła o możliwość ucieczki, jednak my wstawaliśmy powoli i dopiero wtedy, kiedy prawie wszyscy już wyszli. Pani była bardzo, bardzo zirytowana. Może jak kiedyś wymyślą teleport z fotela wprost do odprawy paszportowej będzie denerwować się mniej. Najwyraźniej nie rozumiała, że kolejka to kolejka. A „davaytie, vstavaytie!” stało się naszym hasłem w momentach, w których nie mogliśmy się ruszyć z miejsca i było to oczywiste dla obojga.

Początkowo przerażała mnie myśl o wielogodzinnym oczekiwaniu na następny lot: Kijów-Teheran, ale koniec końców nie było tak źle. Lotnisko Boryspol jest cudownie nowoczesne, czyste, ciepłe, a w poczekalni ma restaurację, która serwuje pyszne obiady. Wymieniliśmy trochę kasy i pierwsze dwie godziny spędziliśmy na naszej ulubionej rozrywce – jedzeniu. Obsługa była przemiła, dania bardzo smaczne i nie z mikrofalówki. Reszta godzin jakoś umknęła i nawet nie wiem kiedy znaleźliśmy się na pokładzie samolotu lecącego to Teheranu. Ciągle nie wierzyłam, że to już za chwilę i że to się dzieje naprawdę. Że lecę spełniać marzenia. Póki co byłam głodna i czekałam na mój pierwszy w życiu posiłek w przestworzach.

Ten samolot, również linii Ukrainian International Airlines, znacznie różnił się od poprzedniego. Nie widziałam modelu, ale był znacznie nowszy – nie miał popielniczek w oparciach foteli, rzędy nie były tak ciasno upchane, można było opuścić siedzenie pod oknem, nie zmuszając do wstawania sąsiadów. Również start i lądowanie były dużo spokojniejsze niż kilka godzin wcześniej. Jedynie pan obok mnie strasznie śmierdział i świszczał przez sen, a ja nie mogłam zasnąć, pewnie z ekscytacji. Kilkugodzinny lot niemiłosiernie mi się dłużył.

Czy to już? Czy to naprawdę już Iran?

Bardzo przyjemnie zaskoczyła mnie kontrola paszportowa w Teheranie.
Po pierwsze: zawsze mam problem na przejściach granicznych. Tak się składa, że na zdjęciach w dokumentach wyglądam inaczej niż w rzeczywistości plus zdjęcia w poszczególnych dokumentach różnią się między sobą moimi fryzurami. Niejednokrotnie byłam pytana z danych na dokumencie (PESEL, nr dowodu/paszportu, data urodzenia, organ wydający dokument). Raz, wracając z Irlandii, jakiś nadgorliwy polski celnik nie chciał mnie puścić, pokazałam mu więc dowód, legitymację studencką i kartę płatniczą uświadamiając mu, że włosy raz rosną, raz je się obcina, a raz farbuje. Dopiero jak zobaczył 3 różne dokumenty i kartę z tym samym nazwiskiem, przepuścił mnie dalej. Inny wygląd, niepolskie nazwisko, dziwne zdjęcia? Taka osoba musi być podejrzana. Niejednokrotnie piszczałam na bramkach latając w różnych kierunkach, graniczne obmacywanki i przetrzepywanie bagażu też nie jest mi obce.
Po drugie: Iran jest państwem policyjnym. Tutaj wzmożona kontrola, zwłaszcza osoby o innej narodowości, nie powinna dziwić. Ależ się wtedy myliłam! Wprawdzie na żadnym blogu/forum podróżniczym, ani w przewodniku, ani na stronie polskiego MSZ o Iranie nie znalazłam informacji o szczegółowych i przedłużających się kontrolach, ale byłam na nie przygotowana. W końcu w naszej keine grenzen Schengen spotykały mnie one zawsze, a teraz byłam na innym kontynencie.
Z chustą na głowie i w lekkim stresie podeszłam do okienka z paszportem otwartym na zdjęciu. Rzuciłam krótkie i raczej nerwowe „Salam” do człowieka siedzącego za szybką, a powitał mnie szeroki uśmiech dwudziestolatka i:

– Salaaaaaam, Silvijaaaaa!

Nieco zdezorientowana serdecznością – „nasi” (europejscy) celnicy są przecież mrukliwi i niezbyt przyjemni (przynajmniej ja na takich trafiałam) i byłam naszykowana na coś podobnego. A tu irańska serdeczność powitała mnie przy kontroli! Lekko zbita z tropu odpowiedziałam:

– Salaam, Jakiekkolwiek-Masz-Na-Imię…

– Jak to jak, moje imię jest przecież tu…- i wskazał na puste miejsce, w którym powinna być naszywka z imieniem – O, cholera! To nie ten mundur. Nazywam się Hossein!

– Salaam Hossein. Miło mi cię poznać.

Hossein szybko i pobieżnie przejrzał paszport, chyba nawet nie spojrzał na wizę, i oddał mi dokument. Wysoko uniosłam brwi ze zdziwienia i odmruknęłam:

– Mochaceram (1)

– O, znasz farsi! Masz świetną wymowę! – szybko pokręciłam przecząco głową – A wiesz, jak powiedzieć „dobranoc”?

Jest „sob bekheir” i „shab bekheir”, oba mi się mylą, pierwsze to dzień dobry, drugi dobranoc. Nie chciałam się wygłupić więc powiedziałam, że nie wiem.

– To „shab bekheir”. Shab bekheir, Silvijaaaa!

– Aaa, tak, jasne, pamiętam. Shab bekheir, Hossein!

I spokojnie odeszłam. Mateusz był za mną w kolejce  i kiedy podszedł do kontroli, kolega Hossein zaczął:

– Ona świetnie mówi w farsi! Ma świetną wymowę! – i ponownie, zwracając się do mnie – Ty chyba jesteś Iranką! – i ponownie do Mateusza, ze śmiechem – Ona jest z Iranu, oszukuje cię.

Tym samym była to moja najmilsza odprawa paszportowa w życiu. Żadnych kretyńskich pytań, żadnego trzepania bagaży, żadnego badania, czy na pewno nie jestem żyrafą. Widzicie, takie rzeczy w tym dzikim, odległym, policyjnym Iranie!

(ciągle jeszcze nie wierzyłam, że naprawdę w nim jesteśmy)

Shab bekheir!

____________________
(1) مُتِشَکِرَم (mochaceram) – dziękuję