MFF T-MOBILE NOWE HORYZONTY, CZYLI JEDYNA DOBRA RZECZ WE WROCŁAWIU, CZ. II

Categories Innym głosem

Zapraszam do lektury drugiej części przewodnika po festiwalu Nowe Horyzonty. Pierwszą, czyli o tym dlaczego festiwal jest dla mnie tak ważny i jakie wrażenie zrobiły na mnie dwa pierwsze filmy, przeczytasz TU.

W moje opisy postanowiłam nie włączać streszczeń filmów. Po pierwsze dlatego, że ich czytanie przed seansem zazwyczaj mnie dezorientuje, po drugie dlatego, że możecie je znaleźć TU. Ktoś już odwalił tę przykrą robotę. CTRL+F, tytuł filmu i już!

Kolejność chronologiczna – gdybym miała ustawić w kolejności od najbardziej powalającego, przez średnie do złego miałabym duży problem.

  1. Upadek (Krišana), reż. Fred Kelemen, Niemcy, Łotwa 2005

    Zakochałam się! Kelemen to moje największe odkrycie tegorocznego festiwalu, ale o nim za chwilę. „Upadek” to jest kwintesencja kina, które uwielbiam: niskobudżetowe, ale dokładne i starannie przemyślane co do najdrobniejszego szczegółu. I dźwięku. O ile „Ewolucja” była wizualnie jak obrazy w galerii sztuki i w tej warstwie była skończonym dziełem sztuki, tak „Upadek” połowę klimatu zawdzięczał dźwiękom, odgłosom i ich montażowi. Szelesty papierów w archiwum, otwieranie i zamykanie szuflad, ostry dzwonek domowego telefonu w pustym mieszkaniu (kto go jeszcze pamięta, jak potrafi on dosłownie rozedrzeć ciszę?), pociągi, echo kroków na moście i wreszcie plusk wody potrafią wyczarować klimat sprzyjający ciarkom.

    Z drugiej strony film jest tak skonstruowany, by przebić balonik wyobrażeń dmuchanych przez większą część filmu, co niezmiernie mi się podobało i ostatecznie przypieczętowało wysokie miejsce w moim rankingu. Czy główny bohater jest bohaterem tragicznym czy romantycznym? Czy ma poczucie winy czy zamiast w rzeczywistości żyje w swojej głowie?

    Mimo pozornej surowości, czerni i bieli kadrów, zaciętemu wyrazowi twarzy bohaterów, filmowi nie brak humoru. Biorąc pod uwagę ilość osób na sali, które razem ze mną płakały ze śmiechu (może ze trzy?) zgadywałabym, że żarty nie były zbyt oczywiste.

    Po seansie odbyło się spotkanie z reżyserem. Nie dlatego, że było zaplanowane, ale dlatego, że Kelemenowi bardzo spodobało się poprzednie i poprosił organizatorów o zorganizowanie kolejnego. Nieprawdopodobnie inspirujący człowiek! Potrafił poradzić sobie z każdym, nawet najgłupszym pytaniem z sali. Każdy, kto był na takich sesjach Q&A wie, że obok komentarzy z sali, które coś faktycznie wnoszą, są takie, że dłoń sama bezwiednie wędruje do czoła w geście „facepalm”. Kelemen jest elokwentny, inspirujący. Ma przyjemny, kojący głos, który opowiada niesamowicie ciekawe historie. Słucha uważnie i dokładnie odpowiada na pytania – nie jednym zdaniem czy półsłówkami, ale całymi akapitami na temat.

    Bardzo żałuję, że kupiłam bilet tylko na jeden z jego filmów – w tym roku program Nowych Horyzontów zawierał jego całą retrospektywę. Bardzo, bardzo chętnie obejrzałabym resztę jego filmów z legalnego źródła, więc jeśli wiesz o jakimś magicznym sklepie sprzedającym DVD z jego filmami napisz to w komentarz, ładnie proszę!

[zwiastun]

2.Mięso (Grave), reż. Julia Ducournau, Belgia, Francja 2016

Nawet nie wiem, jak się odnieść do tego filmu, żeby go nie spalić… Mięso było naprawdę pyszne! Jak dla mnie jeden z hitów tegorocznych Horyzontów – również, jak przypuszczam, kasowych. Seans obywał się w największej sali – jedynce – i zgromadził bardzo liczną widownię. Na moim pokazie nie było ani jednego wolnego miejsca. Co oczywiście zmieniło się w trakcie – niektórzy po prostu zaczęli z filmu wychodzić.

Czy faktycznie jest taki szokujący? Tylko, jeśli ktoś da się nabrać fabule i motyw „od weganki do kanibalki”, uzna za jej oś, sens i cel filmu.

„Mięso” genialnie operuje kiczem. Stosuje go tylko w małych dawkach, ale tak dosadnych, że nie można ich wziąć na serio. Trzeba wybuchnąć śmiechem i bić brawo Ducournau, że tak zgrabnie wrzuca tryskającą krew do filmu. Następną sceną wszystko czyści i wraca do normalności. Ten kicz daje okazje do uśmiechu pod nosem lub wybuchnięcia śmiechem na całą salę, ale również do przemyślenia sobie kwestii, których to przerysowanie dotyczy. Rozumiem, że takie kombo jest trudne do przełknięcia, zaduma boli. Łatwej jest więc wrzucić tryb OBURZENIA SKANDALIZUJĄCĄ SCENĄ i prychając pod nosem czmychnąć z kina. A może ten film ma prawo się nie podobać? Hmmm… A czy prawdziwe równouprawnienie kobiet może się niepodobać i czy mam obowiązek taką postawę względem niego zaakceptować? Pomyślmy… NIE. Mogłabym przeprowadzać taki test: „Powiedz mi, co sądzisz o „Mięsie”, a powiem Ci, kim jesteś”.

„Mięso” jest filmem emancypacyjnym, który może przemówić do szerszych kręgów ze względu na jego popkulturową formułę. Niby horror, niby obyczajówka, trochę gore’u, ale tak naprawdę droga jednostki i jej relacje ze światem. I prawo jednostki do niestapiania się z tłumem.

Koniecznie do zobaczenia i  do przedyskutowania!

[zwiastun]

3. Polk (Polk), reż. Nikos Nikolopoulos, Grecja 2014

Prawdziwy nowohoryzontalny film: dziwny, senny, eksperymentalny. Inspirowany wydarzeniami z Grecji z 1948 r., kiedy to amerykański dziennikarz George Polk został zamordowany w nigdy niewyjaśnionych okolicznościach. Czy dostaniemy odpowiedź na pytanie kto zabił i dlaczego?

Film rozpoczyna się około 10-minutową, absolutnie hipnotyzującą sceną zachodu słońca. Statyczna kamera, jakaś stocznia na horyzoncie i zachodzące słońce. Nawet, jeśli uznasz, że film dla Ciebie jest zbyt artystowski i nie w twoim klimacie to warto go zobaczyć chociażby dla promieni zachodzącego słońca, które rażą, choć ich źródłem jest srebrny ekran.

„Polk” jest bardzo niskobudżetowy, ale to nie przeszkadza w odbiorze. Jest w nim dużo z estetyki snu, co bardzo mi odpowiada – powtarzające się kwestie wypowiadane przez bohaterów w różnych fragmentach. Statyczne sceny, wypowiadane z teatralną manierą lub w pełni zagranym automatyzmem zdania. Motyw wody. Światło, scenografia, dźwięki (np. bardzo irytujący dźwięk nienastawionego radia) – każdy element „Polka” chce się uznawać za symboliczny i interpretować w nieskończoność i na 10 sposobów. Czaszka mi dymiła od pierwszej do ostatniej minuty. Mimo końcowej sceny, która była kompletnie bez sensu i nie pasowała, seans uznaję za twórczy, pobudzający, udany. I ta teoria wieloświatów! Nikolopoulus zrobił film pode mnie :).

[zwiastun]

 4.Włamywaczka (The Bulglar), reż. Hagar Ben-Asher, Izrael, Francja, Niemcy, 2016

Nie był to seans życia. Momentami film był nawet irytujący, bo pachniał amatorszczyzną. Mimo to akcja filmu płynęła wartko i nawet nie zauważyłam, kiedy się skończył.

Główna bohaterka, Yael, cały swój świat buduje na kłamstwie, co jest potwornie wkurzające i co mnie do niej zraża. Nie znoszę kłamstwa i oszustwa, koniec, kropka. Rozumiem jej motywację, jednakże wydaje mi się, że prawdomównością więcej by zyskała. Przez plątanie się w swoich historyjkach może stracić jedyne światełko w swoim bardzo trudnym, jak na nastolatkę, życiu. Z drugiej strony dokładnie rozumiem, dlaczego jest taka. Wiem też, że młodzi ludzie w dużo gorszych sytuacjach postępują uczciwiej. Może nie powinnam jej oceniać, ale po prostu mnie wkurza.

Z drugiej strony

było dużo bardzo zabawnych momentów – brawa dla Ben Asher, która jest również autorką scenariusza, za dialogi! I choćbym wściekała się na Yael i oceniała jej zachowanie i myślała: „Wcale nie musisz tak postępować, nie rób tego!” nie da się ukryć, że obraz Ben-Asher jednak mnie poruszył. Kolejny, który pokazuje, co się dzieje z dziećmi/nastolatkami, pozostawionymi samym sobie. Dorosły zapomina, że ma dziecko i to ono powinno być priorytetem, a nie sprzedawanie chust na plaży na zlecenie szemranego kochanka.

We „Włamywaczce” podobało mi się bardzo użycie dzikiego zwierzęcia do zobrazowania emocji Yael. Można uznać ten zabieg za kiczowaty – faktycznie, reżyserka nie wplotła tego jakoś szczególnie zgrabnie. Wybaczam jej to jednak bez szczególnych protestów, ponieważ ostatnia scena pozamiatała. Mocna puenta, brawo dla Yael!

Choć „Włamywaczka” to film z cyklu „Nowe kino izraelskie”, ma w sobie ślady cyklu „Good girls gone bad”. Dziewczyna w centrum. Jej problemy, jej przemiana, jej droga do szczęścia lub samozagłady. Patrzymy na dotknięte łuszczycą ciało staruszki, które okłada leczniczym błotem jej oczami. Przeżywamy jej osamotnienie, obserwujemy jej wybory (które ośmieliłam się negatywnie oceniać), przeżywamy jej życie z jej perspektywy, bez moralizowania i pouczania. I kibicujemy jej. Świat jest pełny takich Yael, które mają mniej szczęścia i sprytu i są naprawdę, naprawdę same. Dlatego film koniec końców przemawia do mnie i pozostaje w mojej pamięci.

I bardzo chętnie zobaczyłabym jej dwa wcześniejsze filmy: „Slut” (2012) i „Mish’olim”(2007). Mam nadzieję, że „Włamywaczka” to nie jest jej ostatni projekt. Ta pani ma potencjał!

Zwiastunu nie znalazłam, ale jest wywiad z Hagan Ben-Asher [TU]

To jeszcze nie koniec. Wkrótce część III, a w niej m. in „Uczciwy człowiek”, „Kraina małych ludzi”i „Droga Aszera”. Zapisanie się na newsletter uchroni Cię od przeoczenia kolejnego wpisu!

Sylwana