MFF T-Mobile Nowe Horyzonty, czyli jedyna dobra rzecz we Wrocławiu, cz. I

Categories Innym głosem
MFF_nowe_horyzonty

Chyba jeszcze nie wspominałam na blogu o tym, jak, najdelikatniej mówiąc, bardzo nie lubię Wrocławia. Nie bez powodu na studia wybrałam Poznań i nie wracałam, dopóki nie było to konieczne. W każdym razie nie o mojej niechęci do Wrocławia będzie wpis, a o jedynej rzeczy, którą w tym mieście kocham.

MFF T-Mobile Nowe Horyzonty, bo o nim mowa, w tym roku przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Oczywiście pracując na (zbyt) pełny etat, oglądałam tylko wieczorne i weekendowe projekcje – wyszło ich 13. Podczas festiwalu wyświetlono łącznie chyba ponad 200 filmów, więc nawet z karnetem nie ma szans, aby zobaczyć je wszystkie podczas zaledwie 10. dni trwania imprezy. Wiem, co mówię, bo już 3 filmy w ciągu dnia potrafią zmęczyć – zwłaszcza, jeśli ich tematyka daleka jest od przyjemnej. No i nie oszukujmy się – Nowe Horyzonty to nie jest tania impreza. Pojedynczy bilet kosztuje między 12 a 24 zł (większość jednak 22 zł), w karnecie 10+ 18 zł, a 20+ – 17 zł. Karnet na wszystko to jakieś 350 zł (i konieczność czatowania na zapisy na filmy). Nie o kosztach jednak chciałam teraz pisać. Jak dla mnie, było to najlepiej zainwestowane 230 zł w tym roku. Ten wpis postanowiłam sporządzić dlatego, że w tej edycji na 13 obejrzanych filmów 12 było dobrych, a pośród tych dwunastu znalazły się prawdziwe perły. Poniżej krótkie recenzje wszystkich obejrzanych w kolejności chronologicznej.

Dlaczego MFF T-Mobile Nowe Horyzonty?

Uwielbiam oglądać filmy, a festiwal filmowy to jedyna akceptowalna dla mnie forma festiwalu. Dla takiej introwertyczki jak ja, która mimo wszystko lubi czasem wyjść do ludzi, jest to raj na ziemi. Ciemna sala kinowa, branie udziału w wydarzeniu kulturalnym, dzikie tłumy dookoła i brak konieczności nawiązywania jakiegokolwiek kontaktu z innymi (poza sztandarowym pytaniem „Przepraszam, czy to miejsce jest zajęte?”). Żadnej głośnej muzyki – o ile nie pójdzie się na koncerty w ramach Electronic beats, żadnego ocierania się i wpadania na inne obce ciała, żadnego piwska wylanego na plecy przez pijańską nieuwagę.

A jednocześnie miasto żyje, ul. św. Antoniego, obok której znajduje się wrocławskie kino Nowe Horyzonty, pełna jest festiwalowiczów stojących w kolejkach po swoje kawy i śniadania, siedzących na krawężnikach, rozmawiających. Kawiarnie w pobliżu kina wystawiają w swoich witrynach tabliczki „Miejsce rekomendowane przez MFF T-Mobile Nowe Horyzonty”, a w ich ofertach zawsze jest jakaś specjalna opcja dla uczestników NH. W tramwajach i autobusach widać karnety i torby festiwalowe uwieszone na ludziach nieprzytomnych z kinematograficznego przekarmienia. Wrocławski rynek zamienia się w gigantyczną, plenerową salę kinową. Jest kulturalnie, pełno, ciepło, cudownie. Tak, to jedyna rzecz, którą w tym mieście po prostu kocham. Drogie czytelniczki, drodzy czytelnicy – dlaczego wciąż nie nauczyłam się brać urlop na ten czas? Za rok postaram się poprawić.

Do rzeczy więc – mój jak najbardziej subiektywny przewodnik po obejrzanych filmach:

  1. Przetrąceni (Axelotl Overkill) reż. Helene Hegemann, Niemcy 2017

    Na filmy z cyklu „Good girls gone bad” liczyłam najbardziej i nie zawiodłam się. Zobaczyłam trzy zupełnie różne obrazy (na pozostałe z cyklu nie załapałam się), do każdego mam inny stosunek. Ten był moim pierwszym festiwalowym seansem. Trochę dyskoteki, trochę prochów, trochę choroby psychicznej – te elementy wydają się nieodłączne, jeśli film pokazuje Berlin. Nuda, sztampa, powielanie stereotypu imprezowej stolicy Europy? Nie tym razem, bo nie o nocnych klubach Berlina są „Przetrąceni”.

    Film porusza tematykę, która zawsze mnie wzrusza – olanie dzieci przez świat dorosłych i konsekwencje takiego porzucenia. Główna bohaterka, Mifti, jest JUŻ nastolatką, a w takim okresie życia jest się przekonaną/przekonanym o swojej dorosłości, ale to nie oznacza, że puszczenie jej samopas ma być zasadne i dobre dla niej. Dziewczyna, niby taka samowystarczalna, a jednocześnie bardzo poszukuje wsparcia u starszych od niej osób. Niekoniecznie w  jej absolutnie dysfunkcyjnej rodzinie i niekoniecznie z dobrym dla niej skutkiem. Mam wrażenie, że najlepiej wychodziła na niepytaniu nikogo o nic, na działaniu po swojemu, nawet jeśli byłoby to na opak i na przekór. I to jak dla mnie przede wszystkim wyróżnia ten film. Mifti nie spotyka żadna kara za to, że robi co chce. Widzi konsekwencje swoich postępowań, ale bierze je „na klatę”. Bywa załamana i zraniona, ale popłacze, przetrawi kaca i zbierze się do kupy. Przykre jest tylko to, ile osób ją zawodzi. Ci i te, które mają pomoc na ustach, nie tylko nie wiedzą, jak się do tego zabrać, ale również zakładają, że jeśli Mifti nie zostanie wtłoczona w gorset norm, przestrzegania praw i obowiązków, to pozostanie „pacjentką paliatywną psychiatrii” (1).

    Lubię, bo…

    Niby temat wałkowany milion razy, ale bardzo zabawne dialogi, kilka absurdalnych, ale komicznych sytuacji i sympatia do bohaterki, która wydaje się naprawdę dobrze sobie radzić z chorą sytuacją, w jakiej się znajduje, zdecydowanie podbijają moją ocenę filmu. Kilka świetnych ról kobiecych: epizodyczna rola niby-usztywnionej przez koszulę z żabotem dyrektorki szkoły, rozstrojonej starszej siostry, która za wszelką cenę postanawia matkować Mifti w najgorszy, terrorystyczny i rozwrzeszczany sposób, aktorki Ophelii, która  jest dla Mifti bardzo złudną realizacją wyobrażenia o idealnej kobieco-siostrzanej relacji. Minusem jest nieposkładana fabuła. Zgodzę się, że nie do końca o nią tu chodzi, ale oglądając miałam pytania pozostające bez odpowiedzi. Po prostu chciałam wiedzieć więcej na temat bohaterek: skąd, kiedy, co i dlaczego… Może za bardzo rozleniwiłam mój zmysł widzki serialami.

    Film zostawił we mnie dużo niedosytu, ale tym samym stworzył przestrzeń do dyskusji i rozmyślań nad wolnością, samotnością, zdziedzinnieniem starszych i dojrzałością dzieci, przestrzenią dla kobiet w świecie, porzuceniem utrwalonych społecznych standardów. Może „Przetrąceni” nie są arcydziełem kinematografii, ale zdecydowanie nie zapomnę o nich szybko. Cały czas zastanawiam się, co u Mifti.

    [zwiastun]

  2. Ewolucja (Evolution), reż. Lucile Hadzihalilovic, Belgia, Francja 2015

    Film mnie wkurzył zmarnowanym potencjałem fabularnym. O ile w „Przetrąconych” były dziury, które dało się załatać jakimś dopowiedzeniem na temat, tak w „Ewolucji” wszystko zapowiada się wprost wspaniale, czekasz w napięciu przez większą część filmu, film nagle przyspiesza, dzieją się dziwne i przerażające rzeczy… Ale potem nie ma już żadnych odpowiedzi. Jest tak jak jest – strasznie i koniec. Pogódźcie się z tym. Zabrakło kilku kartek na dokończenie scenariusza.
    Nie oznacza to, że film mi się nie podobał, choć wśród obejrzanych i polubionych znajduje się najniżej. Jestem zła, że komuś zabrakło pomysłu na spójną, domkniętą fabułę. A moim zdaniem, gdyby była obecna, film miałby szansę na miano arcydzieła. Bo bez niej nie wiadomo, o co chodzi. Czy o coś w ogóle, czy o przerost formy nad treścią?

    Lubię, bo…

    Film jest nieprawdopodobnie dopracowany w warstwie wizualnej, a ja na to zawsze zwracam uwagę. Nawet, jeśli historia się nie klei, to mogę patrzeć na obrazy, które bardzo chętnie docenię. Tutaj byłam nimi zachwycona. Po pierwsze, wszystkie wydarzenia mają miejsce na wyspie. Jak wyspa, to morze. Jak morze, to ja kocham. Zawsze. Morze, fale, głębiny. Stały element moich snów, wyobrażeń i wakacji. Kocham morze, koniec, kopka.
    Po drugie, światło, geometria, przemyślenie. Nie ma an jednego zbędnego elementu w żadnej scenie. Jak pokój, to łóżko, okno, biurko. Przy biurku chłopiec rysuje, widzimy, jak w łóżku śpi, przez okno wychodzi. Uwielbiam taki teatralny minimalizm w filmie. Domki w osadzie są białe, jednakowe, surowe. Idealnie oddają dziwność wyspy zamieszkałej tylko przez kobietoryby i ich młodych synów.

    Światło, nawet w bezchmurny, ciepły dzień, kojarzy się bardziej z jarzeniówką ze starej podstawówki niż ze słońcem. Ta wyspa nie jest miejscem, w którym ktokolwiek chciałby spędzić wakacje „olekskjuzmi”, choć, o ironio, film był kręcony na hiszpańskiej Lanzarote. Po trzecie, kostiumy i charakteryzacja. Kobiety wyglądają tak, jakby były jakąś pośrednią formą między ludźmi, a kreaturami z Innsmouth. Nieruchome twarze wyglądające jak ostrzyknięte botoksem w ilości a la Nicole Kidman, białe brwi i rzęsy, niemalże niewidoczne. Szaro-bure sukienki do kolan, jak do sztampowego spektaklu teatru tańca. Przez nie cały czas miałam wrażenie, że kobietoryby zaczną tańczyć.

    Kolejne „WOW” to role dziecięce, które w filmie są kluczowe. I jako jedyne wydają się być… Człowiecze.

    „Ewolucja” to z całą pewnością uczta dla oka, coś dla estetów. Brak w tym filmie wizualnych niedociągnięć. Szkoda, że czasem też sensu.
    [zwiastun]

 

Czytaj część II [TU]

 

Sylwana

_________________________________________________________

(1) Cytat pochodzi z filmu i jest wypowiedzą jednej z psychiatrek, do których udała się Mifti.

  • Koke Koc

    to też jest fajne na Nowych Horyzontach, że film nie musi być zawsze genialny, ale to nie znaczy, że nie zainspiruje