Zaczynam od końca, wrócę do początku

Categories Iran, Wyróżnione wpisy
Shiraz, Iran,
Shiraz, Iran. Fot. M. Kolaszkiewicz

Wróciliśmy przedwczoraj w nocy.
Siedzę niezbyt wygodnie na łóżku opierając plecy o wezgłowie, którego szczebelki wrzynają mi się w górną cześć pleców (trzeba było kupić te irańskie poduchy). Obok śpi Mateusz, któremu nie przeszkadza ani stukot klawiszy, ani perska muzyka, której słucham, ani światło lampki. Zazdroszczę mu. Mnie uwiera sam fakt powrotu do Polski. Czuję się rozbita: nie wiem, czy bardziej przez wiatr i deszcz, o którym zdążyłam w Iranie zapomnieć, czy przez zmasowany atak zadań, który natarł na mnie ledwo po przekroczeniu progu biura i zatrzymał w nim do 20.00.

Co jakiś czas zawieszam wzrok na resztkach bagażu, walających się po podłodze sypialni. Nie chcę ich sprzątnąć. Jeszcze nie teraz. Istnieje co prawda ryzyko zabicia się o te wszystkie reklamówki i papierki, jednak nie mogę się przemóc i ich podnieść. Przypominają mi, że jeszcze chwilę temu wiodłam życie, które mi najbardziej odpowiada – z pełną kieszenią, pełnym plecakiem, z gębą pełną uśmiechów i ciepłych słów przed siebie w Nowy Świat. Potrzebuję, by to trwało. Nie chcę tylko wakacji.

Nie lubię powrotów do „domu”. Jeśli 5000 km od miejsca, do którego przychodzi poczta zaadresowana na moje nazwisko czułam się jak między swemi, to dokąd wróciłam 30 listopada?

Wstawiliśmy kilka prań z naszymi ubraniami z podróży. Wyobrażam sobie, że ponownie składam swoje i pakuję na dalszą wyprawę. Gdziekolwiek.

Rozczarowanie szybko mijającym czasem szczęścia zdecydowanie dominuje, a przecież mam 1000 anegdot do opowiedzenia, 120 krajobrazów do opisania, kilka żali do przemiauczenia, milion postaci do scharakteryzowania.
Dzisiaj nic z tego. Muszę to sobie poukładać i przenieść się w tamten dobry czas. Przeżyć go raz jeszcze. Przejrzeć zapiski w notesie. Teraz nie potrafię się do tego zabrać, dlatego zaczynam od końca, od traumy popowrotowej.

To może na koniec taka mała anegdotka udowadniająca, że wcale nie przesadzam z tym smutkiem, przynajmniej według mojej podświadomości.

Przez cały pobyt w Iranie nie znaleźliśmy się w ani jednej sytuacji, która w jakikolwiek sposób mogłaby stać się dla nas niebezpieczna (pomijając przechodzenie przez ulicę). Były ze 2 momenty, w których coś nam nie grało, ale potem śmialiśmy się z naszego przewrażliwienia. Ani razu nie byliśmy w stanie realnego zagrożenia. Mieliśmy zapewnione nieznane wcześniej poczucie bezpieczeństwa i związany z nim komfort psychiczny, również mi na co dzień obcy.

W pierwszą noc po przyjeździe do domu darłam się przez sen, ponoć na cały głos:
„KOMAAAAAAK! KOMAAAAAAAAAK!” („Pomocy!”), budząc przy tym Mateusza i śpiącego w pokoju obok Grzegorza.