6. Czy miss Sarajewa trafiła do obozu koncentracyjnego? Wojna w Bośni, część 2
Kategorie Nigdy więcej?,Podkasty,Wyróżnione wpisy
W tym odcinku opowiadam wam o okrutnych, nieludzkich, niewyobrażalnych tragediach i dramatach, jakie spadały na ludność Sarajewa podczas jego oblężenia . Ale pośród tego całego okrucieństwa, pośród morderstw cywili, pośród mordowania dzieci, kaleczenia całej społeczności, zemsty za rzekome krzywdy, które miały dokonać się 500 lat wcześniej, przypominam, że Serbowie utożsamiali Bośniaków z Turkami, choć oczywiście Bośniacy byli ludnością słowiańską, która po prostu przejęła islam. Nie byli Turkami. Pośród tego wszystkiego, pośród głodu, chłodu, zbrodni wojennych na niewyobrażalną dotąd po II wojnie światowej skalę, w Europie są też historie, które nieprawdopodobnie mnie wzruszają – takie jak wybory Miss Sarajewa – i które muszą znaleźć się w dzisiejszej opowieści, bo bez nich obraz zarówno Sarajewa, jak i okupacji, nie byłby pełny.
Wybory Miss Oblężonego Sarajewa 1993
Ta część to walka o własne człowieczeństwo mieszkańców Sarajewa. To, co mnie nieprawdopodobnie porusza, to to, że dziś na cały świat znany jest Sarajewski Festiwal Filmowy. Zawsze ma miejsce w sierpniu i co roku na zaproszenie organizatorów przyjeżdża jakaś gwiazda międzynarodowa – czy to reżyserki, czy aktorki. Była tam Angelina Jolie, Meg Ryan, Tom Hanks. Jest to bardzo dobrze znany, dobrze rozreklamowany festiwal cieszący się naprawdę dużą popularnością zarówno wśród amatorów kina, jak i profesjonalistów. Pokazanie swojego filmu na festiwalu w Sarajewie to duże osiągnięcie. Pierwsza edycja festiwalu miała miejsce w 1993 roku podczas drugiego roku oblężenia Sarajewa. Tradycja festiwalu przetrwała aż do dziś.
W ubiegłym odcinku mówiłam wam, że Kongres Intelektualistów Bośniackich, na którym właśnie nazwę Boszniak ustalono jako oficjalny etnonim, również miał miejsce w ‘93 roku w oblężonym Sarajewie. Krótki dokument Billa Cartera – Miss Sarajevo – ma tytuł zupełnie nieprzypadkowy. W roku 1993 w oblężonym Sarajewie odbywały się wybory Miss. Był to kolejny sposób na zachowanie człowieczeństwa i wzmacnianie swojego morale w tym koszmarze, ale też zwrócenie uwagi świata na sytuację mieszkańców Sarajewa.
Był tam nie tylko reżyser ze swoją kamerą, ale i U2 nagrało piosenkę Miss Sarajevo. Wersja dokumentalna ich teledysku składa się właśnie ze scen z tego filmu. Podczas wyborów Miss w ‘93 roku przez uczestniczki został pokazany baner Don’t let them kill us – Nie pozwólcie nas zamordować. Baner znajduje się dzisiaj w Muzeum Historii Bośni i Hercegowiny i jest to bardzo znany symbol. Bardzo wyraźny i też okrutny, bo mimo tego apelu, mimo obecności kamer, mimo obecności gwiazd (Bono i U2 nie byli na miejscu, ale jednak mówili o tym), świat pozwolił ich zabić.

W odcinku o Boszniakach wspominałam
wam też o Slavia Judaica, czyli tym elemencie żydowskiej słowiańskości, który jest bardzo ważnym elementem tożsamościowym Bośni i Hercegowiny. Historia, która bardzo mnie w tym temacie porusza i zapala nadzieję w sercu, to ta wspomniana w poprzednim odcinku. Hagada, która przybyła razem z Żydami sefardyjskimi pod koniec XVII lub na początku XVIII wieku do Sarajewa z Hiszpanii, prawdopodobnie z Barcelony, przetrwała tyle setek lat, nawet wojnę. Udało się to dzięki ludziom, którzy ją przechowywali. Kiedy pytałam kustoszkę w Muzeum Narodowym, jak dokładnie i u kogo przetrwała, odpowiedziała, że nie wie. Ludzie przekazywali sobie tę Hagadę w największej tajemnicy właśnie po to, żeby uniknąć zniszczenia jej lub przechwycenia.
Zadajecie sobie pewnie teraz pytanie,
dlaczego ktoś miałby chcieć przechwycić jakąś książkę. Oczywiście ja sobie doskonale zdaję sprawę, że jest to zabytek o olbrzymim znaczeniu, ale dla kogoś, kto jest tutaj tylko z doskoku, może być niejasne, dlaczego ktoś miałby coś zrobić z jakąś książką. Otóż przy wojnie w Bośni i Hercegowinie jako narzędzie terroru wymienia się nie tylko czystki etniczne, pogwałcenie konwencji genewskich i ludobójstwo, lecz także urbanocyd. To słowo, którego wcześniej, poza kontekstem tej wojny, nie znałam Jest ono analogiczne do genocide – urbicide, czyli miastobójstwo. Bo widzicie, w tej wojnie nie chodziło tylko o zamordowanie cywili, zniszczenie Boszniaków i boszniackości, wymazanie ich z powierzchni Bałkanów, ale też o to, żeby nigdy nie mogli się odrodzić, a cel taki uzyskano by poprzez mordowanie kultury i mordowanie miasta.
Dlatego w Sarajewie wszystkie zabytkowe meczety,
wszystkie miejsca, które były związane z kulturą, były na celowniku. Uległy one całkowitemu lub częściowemu zniszczeniu. Były to miejsca pamięci, meczety, a także Biblioteka Narodowa. Zastanawiacie się, komu wadzi biblioteka? Biblioteka Narodowa nie jest wrogiem, ale jej zbiory już tak, bo jeżeli spali się dorobek intelektualny, będzie go bardzo trudno odzyskać. I tak Biblioteka Narodowa płonęła dwa dni. Nie zawaliła się, ale jej zbiory spłonęły. Dzisiaj jest tam siedziba władz miejskich – Vijećnica. Trudno oszacować straty, bo nie wiadomo, czy zbiory były dobrze zaindeksowane, ale z pewnością są już nie do odzyskania. Zostały zamordowane, tak jak zostało zamordowane miasto i jak były mordowane inne miasta, o czym opowiem za chwilę.
Właśnie w tym kontekście fakt, że Hagada Sarajewska przeżyła, przetrwała i jest dzisiaj wystawiana w Muzeum Narodowym, nieprawdopodobnie mnie porusza i daje mi światło nadziei, że mimo takich okrucieństw, okropieństw, którym przygląda się cały świat w czasie rzeczywistym, udaje się zachować jakiś element kultury, który łączy daną społeczność z przeszłością i który jest nieprawdopodobnie cenny. Dzisiaj ta codzienność jest celebrowana i można ją podziwiać właśnie w muzeum przez dwa dni w tygodniu w określonych okienkach godzinowych.
Na pierwszym planie zdjęcia widać sylwetkę mężczyzny,
żołnierza z karabinem i z papierosem między palcem środkowym i wskazującym prawej dłoni, a tuż za nim chodnikiem idzie przepiękna, elegancko ubrana kobieta. Ma krótko ostrzyżone i modnie wymodelowane, farbowane włosy. Na szyi ma podwójny sznur pereł. Jest ubrana w sukienkę do połowy łydki, czarne rajstopy i buty na obcasie. W prawej ręce trzyma elegancką torebkę i patrzy prosto w obiektyw trochę dumnym, a trochę rozmarzonym wzrokiem. Gdyby nie ten człowiek z karabinem na pierwszym planie, można by pomyśleć, że jest to ulica Paryża albo Nowego Jorku. Gdyby tylko nie ten człowiek i gdyby nie tło, które wygląda jak kamienie albo jak worki z piaskiem.

Ta dumna i elegancka kobieta to Meliha Varešanović, mieszkanka Sarajewa, którą wojna bardzo ciężko doświadczyła, czego nie można by zgadnąć, patrząc tylko na to zdjęcie. Meliha przed wojną miała bardzo dobrą pracę, natomiast już w pierwszych dniach oblężenia straciła ją. Po prostu dowiedziała się od szefa, że ma więcej nie przychodzić. Zamieszkała więc ze swoimi rodzicami. Bardzo jej brakowało pracy. Jej siostra z rodziną też mieszkała w Sarajewie, ale w innej części miasta i Meliha nie mogła się do tej części dostać.
Jej mama nie była bardzo schorowana, ale była starszą osobą i miała problemy z ciśnieniem. Przed wojną brała leki i czuła się okej, ale w trakcie wojny zmarła w swoje urodziny i to pogrążyło Melihę w olbrzymiej depresji. W ogromnym smutku została sama w trzypokojowym mieszkaniu. Jej historia, którą znalazłam na ścianach Muzeum Oblężenia Sarajewa, nie wyjaśniała, co się w tym czasie wydarzyło z ojcem. Została sama w mieszkaniu i czuła się tam bardzo, bardzo źle. Jedynym pocieszeniem było to, że w międzyczasie, pomiędzy utratą pierwszej pracy a śmiercią matki, udało jej się znaleźć inną pracę. Pracowała za jedzenie i papierosy, bo tym płacono w trakcie wojny najczęściej. A w tamtym czasie papierosy były nieprawdopodobnie cenne.
Meliha pracowała w biurze w urzędzie miasta
i zajmowała się spisywaniem zeznań kobiet, które podczas wojny zostały zgwałcone. Było to dla niej bardzo trudne, ale jednocześnie miała poczucie, że robi coś ważnego. Meliha mówiła, że to, jak wyglądała, zawsze było bardzo dla niej ważne. Przed wojną nigdy nie nosiła płaskiego obuwia, zawsze była elegancka, pomalowana. Meliha wspominała, że jej mama powtarzała: Cokolwiek dzieje się w twoim życiu, trzymaj głowę wysoko. Zadbaj o to, żebyś wyglądała pięknie i czuła się pięknie. Nieważne, jak bardzo czujesz się nieszczęśliwa.
Kiedy po śmierci matki do siostry Melihy dotarły wieści, w jak złym stanie psychicznym jest jej siostra, udało jej się do niej dotrzeć i umożliwić przeprowadzkę do swojego domu w innej części miasta. Tam Meliha nieco odżyła. Zawsze umiała szyć, więc szyła swoje ubrania nawet z zasłony czy ze starego obrusa. Sąsiadka siostry była fryzjerką i obcinała jej włosy, a Meliha sama je modelowała. Wspominała, że miała kosmetyki, które bardzo oszczędzała przez całą wojnę, bo nie wiedziała, kiedy się skończy.
Któregoś dnia pięknie pomalowana, uczesana, bardzo elegancko ubrana, szła ulicą z wysoko podniesioną głową i nawet nie wiedziała, że zostało jej zrobione zdjęcie.
Dowiedziała się o tym dopiero na początku lat dwutysięcznych. To zdjęcie w prasie zobaczyła i pokazała jej koleżanka. Tytuł głosił: Kim jest ta piękna kobieta? Czy znasz tę piękną kobietę?. Dopiero po tylu latach dowiedziała się, że jest bohaterką jednej z najbardziej znanych wojennych, sarajewskich fotografii.
To, co dla mnie jest najbardziej ujmujące w tym wspomnieniu to to, że dzięki tej myśli, którą przekazała jej matka, zawsze dbała o to, jak wyglądała. Ta myśl była z nią przez całą wojnę. Dzięki temu szyła sobie stroje, malowała się i mimo poczucia olbrzymiej straty i ciągłego zagrożenia, trzymała głowę wysoko. Nawet tego dnia założyła perły. Powiedziała, że nie udało im się zabić wszystkiego ludzkiego we mnie, co znowu miażdży mi serce i jednocześnie wskrzesza jakąś iskrę nadziei, że nawet w tak trudnych warunkach można w jakiś sposób zawalczyć o swoją godność i nie dać sobie odebrać tej cząstki człowieczeństwa, która w nas żyje. Mimo takich tragicznych okoliczności, odebrania wszystkiego – bliskich, pracy, pieniędzy, wody w kranie i prądu w kontakcie – można zachować tę godność. Dlatego też zdecydowałam się przytoczyć wam tę właśnie historię.
Pierwszego dnia mojego tegorocznego pobytu w Sarajewie
udałam się do Galerii Manifesto. Jest to galeria sztuki współczesnej, bo nie chciałam zaczynać z grubej rury, nie chciałam od razu iść do Muzeum Dzieciństwa Czasu Wojny czy Muzeum Zbrodni Przeciw Ludzkości i Ludobójstwa. Pomyślałam, że jak pójdę do galerii sztuki współczesnej, być może wprowadzę się bardziej w klimat dzisiejszego Sarajewa. Nie mogłam się bardziej mylić, bo natrafiłam na wystawę Velibora Božovicia Unfolding elsewheres. Nie wiem, jak to przetłumaczyć: Rozpakowywanie innych miejsc? Definiowanie innych miejsc? Elsewheres znaczy właśnie gdzieś tam, gdzieś indziej. Unfolding można przetłumaczyć jako rozkładanie na części pierwsze. Możecie mi napisać w komentarzu, jeżeli macie lepszą propozycję na tłumaczenie tytułu tej wystawy.

Jak nietrudno się domyślić, wystawa była w jakiś sposób związana z wojną, ponieważ były to historie osób mieszkających poza granicami Bośni i Hercegowiny, które wyemigrowały przed, w trakcie lub po wojnie. Więcej o tym napiszę na Instagramie, bo akurat ta część nie jest tak istotna jak to, co się znajdowało w piwnicy tej galerii.
Było tam wyświetlane wideo, na którym znajdował się autor wystawy wraz ze swoim ojcem. Było to nagranie ich spotkania, podczas którego są w aucie i jeżdżą po górach w okolicach Sarajewa. Te sceny były przeplatane z nagraniem z roku 1995, na którym niewiele się dzieje. Ale tu ważny jest kontekst: Velibor był ochotnikiem broniącym Sarajewa, a jego ojciec na początku wojny dostał się do serbskiej niewoli. Nie mam pojęcia, w jakich okolicznościach i kustosz wystawy też tego nie wiedział. Serbscy żołnierze zgodzili się na spotkanie ojca i syna i nagranie przedstawia właśnie ten moment. Nieprawdopodobnie wzruszający, zwłaszcza że nie dzieje się na tym wideo nic. Oni się po prostu przytulają, palą papierosy, cały czas siedzą obok siebie na kanapie, przestają się przytulać i znowu się przytulają, płaczą, coś mówią, ale nie wiadomo co, bo wideo jest puszczone w delikatnym zwolnieniu. Dookoła są żołnierze, a oni siedzą na tej kanapie i cieszą się tym krótkim spotkaniem.
To, co zwróciło moją uwagę to fakt, że ojciec Velibora nie miał większości zębów.

Oczywiście w pierwszej chwili pomyślałam, że to nic dziwnego, skoro na wojnie nie ma dostępu do leków, wody, a co tu dopiero mówić o higienie czy dentyście. Zresztą według danych WHO w samej Srebrenicy próchnicą było dotknięte ponad 20 000 osób. Następnego dnia mojego sarajewskiego pobytu zdecydowałam się na wizytę w Muzeum Zbrodni Przeciwko Ludzkości i Ludobójstwa.
Pierwszym eksponatem, na który zwróciłam uwagę,
był eksponat wiszący na ścianie tuż przy kasie biletowej. Nie spodziewałam się tam niczego. Po prostu stałam przy kasie, popatrzyłam w lewo i wisiała tam zakrwawiona koszulka. Taki niebieski T-shirt z plamami krwi. Tak też eksponat był zatytułowany: Krvava majica, czyli zakrwawiona koszulka. I już miałam iść dalej oglądać, bo wydawało mi się, że tak dosłownie w przejściu nie może znajdować się nic istotnego, a jednak ta historia kompletnie sparaliżowała mój mózg i nie może wyjść z mojej głowy i z mojego serca. Nie dotyczy ona Sarajewa, ale więzienia w Belgradzie.
Podczas wojny, nie wiem w jakich okolicznościach, do niewoli dostał się Boszniak

i opowiedział on swoją historię, a właściwie historię tej zakrwawionej koszulki. W areszcie najpierw wyzywano go, wiadomo, od Turków, później bito i w pewnym momencie jeden z jego katów wyjął obcęgi i zaczął mu wyrywać zęby. Robił to bardzo brutalnie, momentami wyrywał nawet kawałki jego dziąseł, a mimo to przerażonyŠefćet nie krzyczał i nie płakał. Wiedział, że straci wszystkie zęby, a najtrudniejsze dla niego było dławienie się własną krwią. Po wyrwaniu większości zębów kaci zaczęli szydzić, jaki to dzielny Turek i wepchnęli mu kawałek tkaniny w usta, a następnie zaczęli go bić gumowymi pałkami.
W trakcie bicia oczywiście wyzywano jego, wyzywano jego matkę, wyzywano go od Turków. Nie będę używała tych słów, które zazwyczaj są w takich momentach używane. Potem gumową pałką jeden z katów zaczął go gwałcić, a pomiędzy gwałtami w dalszym ciągu okładał go po plecach. Plamy z krwi na przodzie tej koszulki pochodziły właśnie z jego ust, z dziur po wyrwanych zębach.
Początkowo wojska chorwackie były zjednoczone z armią Bośni i Hercegowiny
i walczyły razem przeciwko wojskom Republiki Serbskiej i wojskom jugosłowiańskim. Bardzo szybko doszło jednak do czegoś, co w tym kontekście nazywane jest wojną w wojnie. Bośnia i Hercegowina musiała walczyć nie tylko z siłami serbskimi, ale również z siłami chorwackimi. Najbardziej dotknięty tą wojną w wojnie był Mostar, czyli stolica Hercegowiny. Mówiłam wam w ostatnim odcinku, że Hercegowina to ta część, gdzie jest właśnie Mostar, gdzie jest Medjugorje, gdzie jest duża społeczność katolicka.
Również na początku tamtego odcinka wspominałam wam o spotkaniu Tuđmana i Miloševicia w Karadjordje, gdzie zadecydowali, że podzielą Bośnię między siebie. Ta wojna w wojnie była efektem chęci przejęcia Hercegowiny i utworzenia czegoś, co nazywane było Herzeg-Bosną, która miała być zamieszkiwana przez katolików. Najpierw miała tam sprawować pieczę Chorwacja, a potem tereny miały zostać dołączone do Wielkiej Chorwacji. Problem był jednak taki, że mimo że większość tej części kraju faktycznie była zamieszkiwana przez katolików, było to niewiele ponad 50%.
Co zrobić w takiej sytuacji?
Czystki etniczne – oczyścić teren z elementu niekatolickiego. Do tego właśnie doszło w Mostarze. Wojna w wojnie nie trwała tak długo, jak wojna bośniacko-serbska, ponieważ ta zaczęła się w październiku ‘92 roku i trwała aż do początku ‘94 roku, do lutego. Niosła za sobą natomiast gigantyczne zniszczenia.
Przez Mostar przepływa rzeka Neretwa
Z pewnością kojarzycie ten słynny, stary most, na którym co roku odbywają się zawody w skokach do Neretwy. Jeśli byliście w Mostarze, to mogło wam się zdarzyć, że młodzi entuzjaści skoków do rzeki oferowali, że za odpowiednią opłatą wykonają specjalnie dla was taki skok. Ten właśnie most, wybudowany w 1566 roku, został przez siły chorwackie zbombardowany. Zniszczenie tego mostu jest kolejnym symbolem urbancydu i niszczenia dziedzictwa kulturowego, zwłaszcza tego dotyczącego Boszniaków, ponieważ most był wybudowany na zlecenie Sulejmana Wspaniałego przez tureckiego architekta, a skoro coś było tureckie, to było obcym, muzułmańskim elementem w katolickiej Chorwacji i laickiej, nacjonalistycznej Bośni.
Walki były bardzo zacięte i tak jak miasto jest przedzielone
przez rzekę Neretwę, tak po jednej stronie rzeki stacjonowały wojska chorwackie, a po drugiej armii Bośni i Hercegowiny. Znowu przypominam, że Chorwaci, którzy dostawali się wtedy do niewoli bośniackiej, też byli ofiarami łamania konwencji genewskich tak samo jak Bośniacy, którzy znajdowali się w obozach, które Chorwaci dla nich przygotowali. Tam też dochodziło i do gwałtów, i do znęcania się, bicia, tortur, ale w tym odcinku nie będę się na tym skupiać. Jeżeli jesteście tego bardziej ciekawi i macie ochotę, żebym przygotowała taki odcinek, to mogę przygotować bonus do tej serii, ale dzisiaj chciałabym się skupić na jednym temacie.
Chciałam to zaznaczyć, bo to ważne, żebyście zrozumieli cały obraz wojny w Bośni. Na jednym froncie była to walka z Serbią, na drugim z Chorwacją, do tego embargo, brak wsparcia, brak sprzętu, izolacja geograficzna i konieczność obrony przed dwoma agresorami w momencie, w którym stale trwają czystki etniczne, w innych częściach kraju również.
Przy okazji Mostaru chciałabym wam przytoczyć historię Zorana Mandelbauma
Znowu tu nam się wkrada Slavia Judaica, bo, jak możecie się domyślić po nazwisku, Zoran Mandelbaum był hercegowińskim Żydem, którego przodkowie przybyli do Bośni i Hercegowiny po tym, gdy ta stała się częścią monarchii austro-węgierskiej. Zoran Mandelbaum urodził się w 1946 roku, więc już po wojnie i po zagładzie, natomiast pamięć o niej była oczywiście bardzo żywa w jego rodzinie. Kiedy wybuchła wojna w wojnie, do Mostaru, z którego Zoran pochodził, przybyły chorwackie wojska z faszystowskimi symbolami i z podobiznami Antego Pavelicia i Andrii Artukovicia na sztandarach. Przypominam, że Ante Pavelić i Andrija Artuković byli liderami marionetkowego państwa chorwackiego w czasie II wojny światowej. Byli po prostu chorwackimi faszystami i wykonawcami Holocaustu w tej części świata.
Jako przewodniczącego gminy żydowskiej w Mostarze, Zorana Mandelbauma na ten widok ogarnęło przerażenie, ponieważ nie wiedział, co się stanie z jego ludźmi. Mimo tego lęku postanowił pozostać w mieście i służyć swojej społeczności. Nie tylko jej żydowskiej części, ale przede wszystkim, choć nie tylko, części muzułmańskiej. Mandelbaum organizował paczki i komunikację dla odciętej od świata wschodniej części miasta. Jeździł do bazy UNPROFOR-u w Medjugorje swoim własnym autem, bo tylko dzięki temu mógł przemycić listy i lekarstwa. To była jedyna trasa, którą mógł się dostać na terytorium Chorwacji z tej części Hercegowiny.
Cała rodzina jego matki zginęła podczas Holocaustu,
ale mimo lęku o siebie i o swoją gminę, aż do końca wojny w Mostarze cały czas niósł pomoc na własną rękę. Organizował paczki jednych mieszkańców dla drugich i paczki z zewnątrz z UNPROFOR-u. Siły chorwackie oczywiście wiedziały o jego działalności i bardzo im się to nie podobało. Do tego stopnia, że raz ktoś zainstalował bombę pod autem Mandelbauma. Bomba wybuchła, ale Mandelbauma tam nie było, więc uszedł z życiem.
Mimo bezpośredniego zagrożenia jego życia i dobrostanu, nie ustawał w niesieniu pomocy. Przeszedł nawet na wyższy poziom jej niesienia, bo od tamtej pory przemycał nie tylko lekarstwa, paczki z jedzeniem, listy, lecz także ludzi z obozu koncentracyjnego Heliodrom. Przemycał ludzi wszystkich nacji, którzy byli zagrożeni śmiercią, torturami, gwałtem. Udało mu się ich przeszmuglować do Chorwacji. Mimo lęku, mimo okrutnych rodzinnych doświadczeń, mimo strasznej wojny toczącej się wokół, Mandelbaum pozostał człowiekiem, bo chciał pozostać człowiekiem, w dodatku takim, którego cudownie mieć w swojej społeczności. Dlatego też przytaczam wam tę historię. Po pierwsze, by całkowicie nie zatracić wiary w ludzkość, a po drugie dlatego, że to też jest element bośniackiej mozaiki składającej się z różnych rodzajów słowiańskości, która nie definiuje się tylko i wyłącznie poprzez bycie katolikiem.
Przenieśmy się teraz na północ kraju, do miasta Prijedor
Władzę w Prijedorze sprawowała serbska partia SDS (Srpska Demokratska Stranka) i 31 maja 1992 roku szef prijedorskiej policji zarządził, że wszystkie osoby, które nie są Serbami, a więc Bośniacy i Chorwaci, muszą nosić na swoich ramionach białe przepaski, a w oknach mieszkań muszą wywiesić białą flagę. Mogło to być też prześcieradło czy biały ręcznik – chodziło o to, żeby oznaczyć te domy. Przez to władzom serbskim dużo łatwiej było aresztować i wywozić do obozów koncentracyjnych nieserbskich mieszkańców, bo tak, w tej wojnie też mamy do czynienia z obozami koncentracyjnymi.
Największe i najbardziej znane to obóz w Omarskiej i Trnopolje. Omarska przetrzymywała około 20 tysięcy więźniów, ale Keraterm, Liplje, Batković, nawet jeśli liczebnie mniejsze, wcale nie odbiegały swoim okrucieństwem od tych największych. Musicie wiedzieć, że w okolicy Prijedoru nie było wojny takiej jak w Mostarze, Sarajewie czy Bihaciu, z czołgami, z regularną armią i wybuchającymi bombami. Były tam za to obozy koncentracyjne – miejsca przetrzymywania więźniów, cywilów, nie Serbów, realizujące wizję jak najszybszego, jak najdokładniejszego wymazania całej nieserbskiej społeczności z tej części Bośni i Hercegowiny.

Z Prijedoru pochodzi Nusreta Sivac –
przetrwanka wojny i obozu, ale przede wszystkim sędzina. To ona w pierwszych dniach wojny poszła do pracy do sądu i dowiedziała się, że tej pracy nie ma. Bardzo szybko została aresztowana i wywieziona do obozu w Omarskiej. Obóz w Omarskiej był głównie męski. Na te wspomniane już około 20 tysięcy więźniów przypadało 37 kobiet, w tym właśnie Nusreta. Ich zadaniem było czyszczenie miejsc przesłuchań z krwi, zębów, włosów pozostawionych tam przez więźniów godzinami torturowanych, gwałconych, przepraszam, przesłuchiwanych przez armię serbską. Nusreta nie tylko była świadkinią morderstw, tortur i gwałtów, ale też sama ich doświadczyła. W swoich wspomnieniach mówi, że najgorsze były noce, bo właśnie wtedy kobiety były zabierane ze swoich cel czy też miejsc, w których spały, na zbiorowe gwałty.
Na krótko przed Dniem Białych Opasek,
jak dzisiaj nazywa się 31 maja, bo 26 maja 1992 roku, aresztowany został Kemal Pervanić. Miałam okazję poznać Kemala w 2017 roku razem z moją grupą Humanity in Action, czyli tej Akademii Praw Człowieka, o której wspominałam w pierwszym odcinku. Miałam zaszczyt z nim rozmawiać i wysłuchać jego historii. Dzisiaj chciałabym częścią tej historii się z wami podzielić.

Kiedy wybuchła wojna,
Kemal miał 24 lata i mieszkał razem ze swoją rodziną w miejscowości Kevljani niedaleko Prijedoru. Został aresztowany razem ze swoim bratem i podobnie jak inne zaaresztowane osoby, zgromadzony na boisku szkoły, do której sam kiedyś chodził. Okno, które wychodziło na boisko, na którym byli wszyscy cywilni więźniowie, było otwarte. Do pokoju z otwartym oknem co jakiś czas proszono ludzi po nazwiskach i następnie ich torturowano, a wszystkie krzyki były bardzo, bardzo dobrze słyszalne na zewnątrz. Kemal był przerażony. Nie wiedział, co się z nim zaraz stanie i jak długo będzie to jeszcze trwało.
Po jakimś czasie zauważył, że wszystkie te nazwiska, które są wywoływane, mają jakiś związek z Chorwacją. Wtedy zrozumiał, że jego brat, z którym właśnie na tym boisku przebywał, większość swojego zawodowego życia spędził w Chorwacji. Później okazało się, że wszystkie osoby, które wtedy z boiska były zaciągane do pokoju przesłuchań i tortur, pracowały lub współpracowały w Chorwacji ze swoimi serbskimi kolegami i miały z nimi jakieś zatargi. Były dla nich niemiłe, powiedziały coś nie tak. Serbowie mieli dokładne notatki, kto co i jak powiedział.
Te właśnie osoby były przesłuchiwane
i torturowane w pierwszym rzucie. Nie dość, że to wszystko miało miejsce w szkole (co było bardzo częstą praktyką wojenną – do tortur i morderstw wybierano miejsca, które powinny kojarzyć się z radością, takie jak sale gimnastyczne czy domy kultury) , w dodatku w szkole, nieopodal której Kemal mieszkał, to jeszcze jedną z osób torturujących/przesłuchujących była nauczycielka Dragojla. Dragojla do dzisiaj uczy dzieci ofiar wojny. Jak można się łatwo domyślić, podobnie jak wiele innych zbrodniarzy wojennych, nigdy nie została aresztowana lub też została wypuszczona. Nie mam tu stuprocentowej pewności, ponieważ nie jestem w stanie jej wyszukać, znając tylko imię. Nie jestem też pewna, czy Kemal przekazał nam prawdziwe imię, czy użył przypadkowego imienia, by opisać to, co robiła nauczycielka dzieci w szkole.
Więźniów pilnowali sąsiedzi Kemala
i innych mieszkańców wsi Kevljani. Były to więc osoby doskonale im znane, tylko że teraz oni byli strażnikami, a nie-Serbowie więźniami. Sąsiedzi serbscy mieli broń, a więźniowie stali na boisku, nie mając zielonego pojęcia, co ich czeka, słysząc tylko krzyki i skowyty z sali, w której odbywały się przesłuchania. Kemal wraz ze swoim bratem został wywieziony do obozu w Omarskiej. Zarówno on, jak i jego brat cudem przeżyli. Jego innemu bratu udało się razem z ojcem uciec do Chorwacji. Prjedor, tak jak cały obszar, jest bardzo blisko granicy z Chorwacją.
Mama Kemala uciekła do Kozaraca. Razem z bratem myśleli, że tam będzie bezpieczna, ale została tam aresztowana i przewieziona do innego obozu koncentracyjnego. Szczęściem w tej tragicznej historii jest to, że cała rodzina Kemala przeżyła obozy i aresztowania. Tortury? Prawdopodobnie. Nie znam takich szczegółów, jeśli chodzi o tę rodzinę, ale mogę się domyślać na podstawie setek historii, które przeczytałam, poznałam i których wysłuchałam. Z ostatniego odcinka dowiecie się, jak potoczyły się dalsze losy Kemala Pervanicia.
Kolejna wojenna fotografia, która obiegła cały świat,
to fotografia z okładki magazynu Time z wydania z 18 sierpnia 1992 roku. Na zdjęciu na pierwszym planie znajduje się nieprawdopodobnie wychudzony mężczyzna z nagim torsem, w samych spodniach, z zapadniętą twarzą. Widać, że nie jest tam sam. Za nim stoją inni mężczyźni, równie wychudzeni jak on. Wszyscy stoją za płotem z drutu kolczastego. Napis na okładce głosi Czy to musi ciągle trwać?. Osobą na okładce jest Fikret Alić – więzień obozu w Trnopolje. Jak znalazł się na okładce Time? Jego historia jest z jednej strony niesamowita i wyjątkowa, ale z drugiej strony tragiczna i podobna do setek, a właściwie tysięcy historii innych aresztowanych, przetrzymywanych, torturowanych osób.
Dowódca bośniackich Serbów Radovan Karadžić,
dobrze wam znany ze słyszenia, upierał się, że obóz w Omarskiej wcale nie jest obozem koncentracyjnym. Chcąc tego dowieść, zaprosił zachodnie ekipy telewizyjne i zachodnich dziennikarzy, w tym Eda Vulliamy’ego z Guardiana, do obozu. Na jego zaproszenie dziennikarze faktycznie odwiedzili obóz w Omarskiej, ale w drodze powrotnej obejrzeli też obóz Trnopolje. I właśnie tam przez płot zostało wykonane zdjęcie Fikreta Alicia.
Dzięki temu zaproszeniu, dzięki temu zdjęciu i reportażowi, który został przez Vulliamy’ego napisany, cały świat dowiedział się, że w ‘92 roku ludzie w Europie są zamykani w obozach koncentracyjnych tylko dlatego, że nie są Serbami. Nie tylko są tam zamknięci, ale też mordowani i gwałceni. Wymuszane jest na nich dokonywanie tortur na innych więźniach, również seksualnych. Działo się to w wielu obozach i miejscach przetrzymań, nie tylko w Omarskiej czy w Trnopolje. To wszystko działo się tuż pod nosem świata, tuż przed oczami kamer i długopisami dziennikarzy. To był 1992 rok. Wojna formalnie zakończyła się w grudniu, trzy lata później.
Fikret Alić był przetrzymywany w obozie „Keraterm”
Był to obóz, w którym jednej nocy w hangarze zostało zmasakrowanych 130 mężczyzn, których jedyną winą było to, że nie byli Serbami. Co gorsze, więźniowie, którzy nie zostali tej nocy zamordowani, zostali zmuszeni przez strażników do ładowania ciał na koparki, które umożliwiły umieszczenie ich w masowych grobach. To nie jest wyjątkowe dla Keratermu. Działo się to w różnych miejscach i też będę o tym opowiadać, że więźniowie musieli sobie nawzajem kopać groby albo zapełniać je ciałami swoich współwięźniów, często pod dyktandem nie żołnierzy, tylko swoich oprawców, którzy byli ich sąsiadami, kolegami z pracy, znajomymi, czasem nawet przyjaciółmi.
Fikretowi udało się nie ładować ciał, ponieważ dostał załamania psychicznego i inny mężczyzna zgłosił się za niego. Krótko po tym wydarzeniu został przetransportowany do Trnopolje i tam 5 sierpnia poznał Eda Vulliamy’ego i jego ekipę. Po opublikowaniu zdjęcia Fikret miał bardzo duże problemy w obozie. Musiał się ukrywać, ponieważ bał się zemsty. Bał się, że zostanie torturowany i zamordowany. Udało mu się uciec z obozu dlatego, że przebrał się za kobietę. Co jakiś czas organizowane były transporty przetrzymywanych więźniarek na terytoria, które były wolne od armii serbskiej albo były zamieszkiwane w większości przez ludność bośniacką. To też miało oczywiście na celu to, by ten konkretny teren wyczyścić z ludności nieserbskiej.
Mężczyzn zamordować, kobiety złamać, zgwałcić, torturować, a następnie przewieźć tam,
gdzie oprawcy zadecydowali, że nie będzie Serbii, tylko inne kraje, np. Wielka Chorwacja. To wszystko pokazuje, że Srebrenica była tylko kontynuacją systematycznego, wieloletniego mordowania, łamania, niszczenia całych społeczności, mordowania, gwałcenia, znęcania się, a następnie przymusowego wysiedlania.

Wróćmy do Alicia i transportów więźniarek na terytoria wyzwolone, wolne od armii serbskiej lub z większością bośniacką. Fikret w przebraniu kobiety opuścił Trnopolje w momencie, w którym transporty z więźniarkami (to brzmi, jakby to były przestępczynie, a były to tylko kobiety, które zostały zatrzymane, bo nie były Serbkami), były strzeżone, odprowadzane przez wojsko serbskie albo przez grupy paramilitarne. Bardzo często w trasie były zatrzymywane przez serbskie patrole i dodatkowo po drodze gwałcone. Albo dokonywali tego ci, którzy osłaniali dany autobus. Tak też było w przypadku autobusu, którym wyjeżdżał Fikret. Udało mu się uniknąć gwałtu tylko dlatego, że potwornie śmierdział.
Po uwolnieniu Fikret
walczył krótko w jednostce armii Bośni i Hercegowiny, ale bardzo szybko został zwolniony z przyczyn zdrowotnych. Ucieczka Fikreta Alicia z obozu oznaczała ratunek tylko dla niego, bo koszmar więźniów, ich głodzenie, torturowanie, odwadnianie, wciąż trwał. Przypominam, że to było lato. W Bośni i Hercegowinie jest piekielnie gorąco. Więźniowie nie mieli też odpowiednich ubrań. Robiono tam wszystko to, co robi się z człowiekiem w obozie koncentracyjnym – pozbawia się go wszelkich praw, a trafia on tam tylko dlatego, że jakaś strona, w tym wypadku serbska, nie uważa go za człowieka.
Cztery dni po ucieczce Fikreta ponad 200 więźniów zostało wywiezionych autobusami z obozu, zamordowanych i pochowanych w zbiorowym grobie. I mówimy tutaj tylko o czterech dniach po i tylko tych 200 mężczyznach. Obóz w Omarskiej został zamknięty miesiąc po artykule i choć materiał Vulliamy’ego i innych dziennikarzy ukrócił katusze więźniów przetrzymywanych właśnie w nim i w Trnopolju, nie zakończył cierpień innych Bośniaków i Bośniaczek ani też nie zapobiegł temu, co miało nadejść, ani temu, co działo się równolegle w innych częściach kraju.
Pozostajemy w roku 1992. Oblężenie Sarajewa trwa w najlepsze
W dalszym ciągu trwa walka o Mostar, w dalszym ciągu dochodzi do czystek etnicznych na Podrinju, czyli wzdłuż rzeki Driny, która stanowi naturalną granicę pomiędzy Bośnią i Hercegowiną a Serbią. Na tej części Bośni chciałabym się teraz skupić. Chyba już wspominałam na początku tego odcinka, że cała wojna w Bośni miała charakter ludobójczy i miała za zadanie wymazać grupę etniczną Bośniaków poprzez mordowanie ich, niszczenie miejsc kultu, kultury, zabytków architektonicznych, ważnych miejsc, po prostu wymazywanie z mapy całego kraju.
To, co miało miejsce w Srebrenicy w lipcu 1995 roku, było tylko zwieńczeniem dzieła ludobójczego, bo to wszystko nie wydarzyło się w próżni. To nie było tak, że z jednej strony mamy oblężone Sarajewo, walkę o Mostar, oblężony Bihać, obozy koncentracyjne na północy kraju i nagle w innej części osiem tysięcy osób zostaje zamordowanych strzałem w tył głowy. Jak każda inna rzecz, jest to częścią systemu naczyń połączonych i efektem działań wojsk zarówno armii jugosłowiańskiej i wojsk Republiki Serbskiej (VRS) pod dowództwem generała Ratka Mladicia, jak i grup paramilitarnych.
Grupy paramilitarne stanowiły trzon sił serbskich
Bardzo często rekrutowały się z grup stadionowych chuliganów. Jedną z najbardziej znanych ze swojego okrucieństwa grup była grupa Arkana, czyli Želijka Ražnatovicia o nazwie Tygrysy Arkana. I tu znowu chcę zrobić nawiązanie do znanych wojennych fotografii, które obiegły świat i przytoczyć ich historię. Ron Haviv, amerykański dziennikarz, był w Bijeljinie w kwietniu 1992 roku. Bijeljina to miasteczko w północno-wschodnim krańcu Bośni, bardzo blisko granicy z Serbią. Tak jak wspominałam w ostatnim odcinku o kształcie Bośni i Hercegowiny, że wygląda ona jak lecący na ukos papierowy samolot, Bijeljina znajduje się w prawym tylnym skrzydle tego samolotu. W kwietniu ‘92 roku właśnie do Bijeljiny wkroczyła grupa paramilitarna Tygrysów Arkana. Dokonując rzezi cywilnej ludności, wymordowali Bogu ducha winnych Bośniaków, również osoby starsze, dzieci, kobiety. Siali terror, gwałt i pożogę i bardzo chętnie się przy tym fotografowali i pozowali Ronowi Havivowi.

Zrobiono zdjęcie młodego mężczyzny, który klęczy na ulicy, ma podniesione ręce i płacze. Chwilę później zginął. Jest zdjęcie starszej pary i jakiegoś mężczyzny leżących na ziemi twarzą do ulicy, ewidentnie martwych. Obok nich stoi żołnierz z okularami na czole, z papierosem trzymanym w lewej ręce, z nogą uniesioną jak do kopnięcia. Fotografia, która powstała kilka chwil przed tą słynną z żołnierzem kopiącym zwłoki. Starsza kobieta pochyla się nad zwłokami mężczyzny, po chwili leży tuż obok niego. Za chwilę żołnierz zamachuje się nogą. Jak później tłumaczył, chciał sprawdzić, czy ofiary żyją.
Tygrysy Arkana
Są mężczyźni w kominiarkach i zielonych mundurach zgromadzeni wokół czołgu. Z tyłu widać flagę Serbii, a na pierwszym planie jest Arkan, ich dowódca. Dowódca Tygrysów w prawej ręce dzierży broń, a w lewej trzyma za kark małego tygryska, którego ukradł z ogrodu zoologicznego.
Jest fotografia mężczyzn w kominiarkach salutujących po serbsku, czyli wyciągających trzy palce prawej ręki tak, jakby pokazywali liczbę trzy. Pozują w zdewastowanym przez siebie meczecie w Bijeljinie z zerwaną flagą, którą w tamtym czasie posługiwała się Bośnia i Hercegowina, czyli półksiężycem i gwiazdą na zielonym tle. Większość grupy jest zamaskowana, ale jest dwóch mężczyzn, których twarze są widoczne. To nie są sceny z filmu, tylko sceny z pierwszych dni wojny w Bijeljinie. Grupy paramilitarne zaprowadziły tam terror. Zupełnie nieważne było, że cywile nie mają żadnej broni, że nie ma tam wojsk, że są tam osoby po siedemdziesiątce. Kiedy ludzie ukrywali się w piwnicach, podpalano pierwsze dwa piętra domów.
Bijeljina jest tylko jednym z przykładów obrazujących to,
co działo się na całym Podrinju w pierwszych miesiącach wojny. Bijeljina jest tak dobrze znana dzięki nowojorskiemu reporterowi, któremu zbrodniarze wojenni tak chętnie pozowali do zdjęć. Nie można jednak zapomnieć, że Podrinje to nie tylko Bijeljina. Ta po prostu przedostała się do masowej świadomości, ale zbrodnie, terror, przetrzymywanie, morderstwa na ludności cywilnej miały miejsce też w innych regionach Bośni Wschodniej.
I to w tak wielu, że kiedy na Google Maps zaznaczyłam sobie gwiazdką każde miejsce, w którym doszło do morderstw, zatrzymań, detonacji tych wszystkich zbrodni, punkty zrobiły się tak gęste, że zaczęły nachodzić jeden na drugi. Przy powiększeniu mapy nie widać całości Podrinje, więc nie widać tych wszystkich punktów terroru, a z kolei kiedy się mapę oddali, to punkty zaczynają się ze sobą zlewać.
I tak w miejscowości Batković znajdował się obóz koncentracyjny,
we Vlasenicy był obóz Sušica, a pod koniec kwietnia 1992 roku we wsi Snagowo, 10 kilometrów od Zvornika, zamordowano 36 cywili pod komendą Zorana Obrenovicia. Zoran był członkiem innej grupy paramilitarnej – Beli Orlovi, czyli Białe Orły. W maju 1992 roku we wsi Grbavci zamordowano 78 cywili. Pod koniec maja w miejscowości Jusići mordowano, palono i rozdzielano mężczyzn od kobiet. Łącznie zginęło 50 osób, w tym dwie starsze kobiety. Też w maju został założony obóz w Liplju. Było w nim przetrzymywanych 420 więźniów, głównie kobiety i dziewczynki. Obóz w Liplju był znany z tego, że dokonywano w nim gwałtów na oczach kobiet. Był to też jedyny serbski obóz koncentracyjny, który został odbity przez armię Bośni i Hercegowiny, jednak i tak śmierć poniosło w nim 27 osób. Trzydziestego maja 1992 roku w miejscowości Drinjača 108 Bośniaków zostało przewiezionych do Domu Kultury. Większość z nich została zamordowana.
Czerwiec 1992 roku, miejscowość Bijeli Potok
Złapano w niej 700 osób cywilnych. Rozdzielono ich i zamordowano większość mężczyzn. Dom Kultury w Čelopeku, kolejny obóz śmierci, 162 ofiary śmiertelne. Odpowiada za to kolejna grupa paramilitarna – Żółte Osy. Dom Kultury w Čelopeku, a właściwie obóz śmierci w Domu Kultury w Čelopeku, był znany z tego, że nie tylko bito i mordowano cywilów, ale również specjalizowano się w nim w wymuszaniu gwałtów pomiędzy członkami rodzin, np. wymuszano gwałty synów na ojcach, poza tym kaleczono tam genitalia, obcinano uszy. Początek lipca, Skočić – wyrżnięcie całej bośniackiej rodziny. W maju 1992 roku w miejscowości Suha zamordowano 38 osób, w większości dzieci. Jedna z zabitych kobiet była w dziewiątym miesiącu ciąży.
Znów mamy kwiecień 1992 roku
W Bratunacu, czyli miejscowości położonej niedaleko Srebrenicy (pomiędzy nimi jest tylko Potočari), Serbowie obalili legalne władze miejskie i, wspomagani przez armię jugosłowiańską oraz specjalny korpus z Nowego Sadu i specjalne jednostki Serbskiej Agencji Bezpieczeństwa, wywiesili na urzędach napis Wielka Serbia.
Kolejny mord wydarzył się w maju tego samego roku w Novej Kasabie. Mówiłam niejednokrotnie w tym podcaście, że wojna towarzysząca rozpadowi Jugosławii jest pewnym dokończeniem rachunków za II wojnę światową. Przejawia się to nie tylko w przyczynach wybuchu tej wojny i nie tylko w nomenklaturze. W dalszym ciągu mówiono czetnicy, ustasze, Turcy. Niestety znalazłam jeszcze jedno powiązanie między II wojną światową a wojną w Bośni i Hercegowinie, mianowicie masakra w miejscowości Zaklopača jesienią 1941 roku. Mówimy tutaj więc o II wojnie światowej w Zaglopaczy, która była zamieszkiwana przez zwykłą ludność cywilną. Zamordowano tam niemalże wszystkich. Do powtórki ze zbrodni doszło 16 maja 1992 roku, kiedy zamordowano 60 Bośniaków, w tym 11 dzieci. Jest jeszcze jeden most, który łączy te dwie masakry. To osoba Abdullaha. Abdullah Hodžić cudem przeżył obie masakry, w ‘41 jako dziecko, a w ‘92 jako starszy mężczyzna.
Ciała zamordowanych osób porzucano zazwyczaj w masowych grobach
Na przykład Ramin Grob jest jednym z pierwszych odkrytych masowych grobów. I tutaj znów, jeżeli na mapę Bośni i Hercegowiny naniesiecie wszystkie odkryte masowe groby, to zrobi się tam czerwono od punkcików. Masowe groby w ziemi to jedno, ale istnieje jeszcze jeden największy masowy grób – rzeka Drina.
Jest pewien dokument, którego obejrzenie bardzo pomogło mi w przygotowaniu tej części odcinka. Nazywa się Što no nema od Drine vedrine?, czyli Dlaczego z rzeki Driny nie płynie radość? albo nie płynie spokój. I jest tam piosenka, która powstała przed wojną, ale stanowi nieprawdopodobnie celny, choć okrutnie ponury komentarz do tego, co wydarzyło się w pierwszych miesiącach wojny na Podrinju we wschodniej części Bośni. Wydarzenia te opisuje się mianem powolnego ludobójstwa, ponieważ ewidentnie były wymierzone wyłącznie w ludność cywilną. Stosowano zasadę spalonej ziemi: mordowano, niszczono, gwałcono, wysiedlano, zamykano w więzieniach, w obozach śmierci, gdzie dokonywano najokrutniejszych rzeczy, które kompletnie wymykają się mojemu pojmowaniu świata. I mam nadzieję, że waszemu również.

VRS na Podrinju
Jak nietrudno się domyślić, działania te nie były przypadkowe. Siedemnastego grudnia 1992 roku pułkownik Korpusu Driny VRS Miladin Trifunović wyprodukował raport o stanie terytorium podległego mu Korpusowi, głównie gminy Zvornik. Raport ten jasno mówi, że gmina Zvornik została oczyszczona ze wszystkich Turków. Wcześniej Turcy, czyli Bośniacy, stanowili 60% mieszkańców tej gminy i fakt, że zbrodnie na Podrinju nazywa się powolnym ludobójstwem nie jest żadnym wyolbrzymieniem czy nadużyciem. Jest jak najbardziej słuszny, bo dokładnie do tego to prowadziło, tak jak wydarzenia, o których opowiadałam chwilę wcześniej, czyli okolice Prijedoru, zakładanie obozów koncentracyjnych, znęcanie się sąsiadów nad ludnością nieserbską.
To wszystko miało na celu zniszczenie całego narodu, całej ludności bośniackiej, ale też nieserbskiej, bo pomimo spotkania Tuđmana i Miloševicia w Karadjordjevie w 1991 roku, oni też walczyli między sobą. Powolne ludobójstwo nie ominęło Srebrenicy. Ono nie zaczęło się w ‘95, tylko właśnie w 1992 roku. Już wtedy toczyły się tam regularne walki za pomocą standardowego sprzętu wojskowego. Tam też w 1983 roku ustanowiono pierwszą w historii ONZ bezpieczną strefę, której to bezpieczeństwa miały strzec błękitne hełmy.

Historię walk, ale też historię ludzi i historię tak zwanej bezpiecznej strefy z lipca 1995 roku poznacie już w następnym odcinku. Jeszcze, żeby zamknąć temat powolnego ludobójstwa, chcę wam podać na koniec odcinka jeden fakt. Otóż 18 marca 1993 roku, czyli na ponad dwa lata przed ludobójstwem w Srebrenicy, ONZ wypuściło raport, z którego jasno wynika, że tereny Srebrenicy i okolic są zagrożone ludobójstwem. Stawiał on sprawę jasno – siły serbskie prowadzą i będą prowadzić politykę czystek etnicznych, co sprawia, że 80 tysięcy cywili żyjących w tym regionie jest zagrożonych ludobójstwem. Te słowa zostały oficjalnie opublikowane przez ONZ w 1993 roku. Dwa lata i prawie cztery miesiące przed upadkiem, a następnie zniszczeniem bezpiecznej, a może niebezpiecznej strefy ONZ-u.
Odcinka posłuchasz TU i TU
Transkrypcja – HappyScibe;
Redakcja transkrypcji