Szóstego sierpnia dwa tysiące piętnastego roku umarł mój Dziadek Henryk. Dowiedziałam się o tym wracając z odwiedzin w szpitalu, w którym leżał. Spał spokojnie, było gorąco jak cholera mimo wczesnej godziny. Nieznośny upał trwał już trzeci miesiąc. Palący i wysuszający gorąc przerwany jedną, porządną burzą, demolującą pół miasta; burzą, podczas której urodziła się moja najmłodsza siostrzenica. W tym samym szpitalu, w którym dwa i pół tygodnia później zmarł mój ukochany Dziadek.

Według lekarza wszystko było „git”. Może „git” dla lekarza oznaczało szybką śmierć, bo już w drodze powrotnej dopadł mnie telefon. Nawet się z nim nie pożegnałam, nawet z nim nie porozmawiałam. „Git” to git. Wyśpi się, wyjdzie ze szpitala, wypijemy kawę wymieniając się anegdotami. Chyba w zaświatach, w które nie wierzę.

Po powrocie (autobusem linii A, bez klimy, za to objazdem) zaczęłam odkurzać cały dom. Był to jeden z najgorętszych dni najgorętszego, jakie pamiętam, polskiego lata. Nie wolno mi było się rozpaść. Nie wolno mi było płakać. Miałam ważniejsze sprawy na głowie, niż nagła żałoba. Musiałam skończyć magisterkę i wspierać mentalnie siostrę uciekającą od męża-pojeba, 2000 km  na północny zachód od miejsca przykładania głowicy odkurzacza.

Piszę te słowa siedząc w koszulce, którą kupowałam, kiedy mój Dziadek umierał. 13,90 zł w New Yorkerze. „Fast fashion” na długie lata. Nie tak długie, jak śmierć, bo śmierć jest na zawsze.

Nawet nie przebrałam się z sukienki, w której byłam w szpitalu u Dziadka. Chwyciłam za odkurzacz i wkładając więcej siły, niż potrzeba, szorowałam jego szczotą po dywanie, nie rozumiejąc, że utrudniam sobie życie, ryjąc nim pod włos. Był sierpień, trzeci miesiąc upałów najgorętszego polskiego lata. Dom z grubymi, ceglanymi ścianami, zawsze dający przyjemny chłód w gorące dni, powoli poddawał się latu, które choć w Polsce, polskie nie było. Pierwsza z wielu zapowiedzi klimatycznej katastrofy.

Pot spływał mi z głowy pod warkocz, z czubka nosa na szorowany dywan (dlaczego sierść labradora tak ciężko jest odkurzyć?). Kiedy to piszę, pot rosi mi górną wargę. Labrador już nie żyje. W moich nogach leży Maine Coonka. Kiedy ona umrze, umrę razem z nią. Boję się tego dnia tak bardzo, że każde jej urodziny to dla mnie źródło lęku.

Choć za oknem szaleje wichura i deszcz, temperatura w mieszkaniu na poddaszu bloku z wielkiej płyty nie spadła ani trochę i sięga 30 stopni Celsjusza. Za oknem tylko kilka mniej. Alert RCB, bo burze z piorunami i lokalne podtopienia. Katastrofa klimatyczna smaga gałęziami w okna ludzi na niższych piętrach, ale dalej sejmowi idioci będą mylić pogodę z klimatem i cieszyć się z upału we wrześniu, kiedy można w knajpowym ogródku napić się kawki.

Nie słyszałam szumu odkurzacza, słyszałam tylko „synthesizer, synthesizer, synth…sythesis, more synthesizers, radiation and chemical fumes from the… synthesizers”. Nie wolno było mi płakać, przeżywać, rozpadać się. Musiałam dokończyć pisanie pracy magisterskiej. Tej samej, której nie napisałam rok wcześniej, tej samej, przez którą nie pojechałam do Dziadka, kiedy jeszcze mogliśmy tworzyć miłe wspomnienia. Błyskawicznie kurczący się czas miałam do 30 września. Szkoda, że nie wiedziałam, że czas Dziadka też dobiegał końca. Głupio byłoby nie napisać tej debilnej, bzdurnej magisterki, którą wybrałam zamiast ostatniego, normalnego popołudnia z Dziadkiem. Usiądę do tego w nocy, jak zelżeje ten cholerny upał. Teraz muszę odkurzyć resztę domu.

Napisałam, obroniłam na 3, usłyszawszy uprzednio o sobie i swoim intelekcie wiele przykrych słów. Wolałabym o tym cyrku zapomnieć. O całym tym granicznym lecie roku 2015, o wszystkim, co się wtedy wydarzyło. Stało się jednak inaczej, a konsekwencje tamtych wydarzeń są ze mną do dziś. Tak, jak ta koszulka.

Zapraszamy uchodźców do Polski – infrastrukturę już mamy, huehuehehehq!” –  głosiły miss komentarzy na fejsbuku lata 2015 roku, z załączonymi fotografiami obozu w Majdanku czy Oświęcimiu. Ciała dzieci na piaszczystych, złocistych plażach Grecji i Turcji nie należały wcale do dzieci, nie należały nawet do gatunku ludzkiego! To były ciała wrogów Europy Białej (albo żadnej), przyszłych terrorystów, muslimów, szmatogłowych, brudasów, podludzi, którzy – na całe szczęście –  zdechli w drodze, zanim zdążyli twierdzę najechać i za kilkanaście lat rozerwać ją od środka samoróbkami bomb z koranicznymi surami na ustach. Przez Lampedusę, Linosę, Bodrum, Lesbos, Szlak Bałkański nacierają na Twierdzę Demokracji i Praw Człowieka: dzikusy i brudasy, wszyscy tacy sami, nie ważne, czy pochodzili z Sahary Zachodniej, Syrii czy Afganistanu. Tak samo groźni i morderczy, tak samo fanatyczni, jak dyktatorzy, od których uciekali, równie okrutni, co systemy polityczne krajów ich pochodzenia. Równie brudni, co ich zacofana religia. Muzułmańskie konie trojańskie tylko czające się na białe, europejskie waginy, miejsca pracy i socjalne wsparcie. Przywlekający do Ostoi Sprawiedliwości pasożyty, bakterie i choroby, jak elokwentnie wypowiedział się prezes Kaczyński, nasz polski, prywatny tuz intelektu, tuz nad tuzy, który Iranu od Iraku nie odróżnia (ale przynajmniej przeczytał „Kapitał” Piketty’ego).

Tamtego lata pożegnałam wiele: studia, magisterkę, terapię, Dziadka, Poznań, wiarę w podstawową empatię i ludzką przyzwoitość. Okazało się, że ludzie których znam, z którym pracowałam na emigracji, z którymi chodziłam do szkoły i w tejże się kolegowałam, czasem nawet moi bliscy przyjaciele nienawidzą drugiego człowieka zaocznie, jeśli nie jest on biały. Jeśli nie jest biały, to jest ciapatym, gwałcicielem, arabusem, terrorystą, radykałem, murzynem, zerem, przestępcą, złodziejem etatów, kobiet i hajsu z socjalu. Dowiedziałam się tych rewelacji z Facebooka. Ci wszyscy ludzie, pod własnym imieniem i nazwiskiem powielali bzdurne, rasistowskie treści pochodzące z nienawistnych fanpejdży wyrastających nagle jak grzyby po deszczu. Niech zdechną, utopią się, na to zasłużyli idioci, pizdy, cioty, dlaczego nie walczą za ojczyznę, ja bym walczył, tchórze, lenie, jak można mieć hipotermię w Morzu Śródziemnym, przecież jest ciepłe. Ludzie, których ceniłam i lubiłam odbierali, póki co słownie, prawo do życia tym, którzy od nich skrajnie się różnili: wyznaniem, krajem pochodzenia, doświadczeniami, kolorem skóry. 

Jak to? Oni? Przecież mi tak pomogli, przecież świetnie się razem bawiliśmy, przecież nie raz mogłam na nich liczyć! Czy można tak bardzo dzielić świat na swój-obcy? Jakaż ja byłam naiwna, że dowiedziałam się o tym dopiero w dwudziestym szóstym roku mojego życia. Dzidziunia-Niuniunia odkrywa rasizm i jest w białym szoku, że ludzie są źli! Och jej! Tak nie może być! Trzeba coś z tym zrobić! Dzidziunia-Niuniunia naprawi świat! Zmieni go najlepsze! Będzie rozmawiać i przekonywać! Pokazywać, tłumaczyć, wyjaśniać, działać, dawać przykład! Dzidziunia-Niuniunia na ratunek!

Dziesięć lat później, siedząc w dziesięcioletniej bluzce ze spoconym „wąsem”, uśmiecham się pod nim z politowaniem i myślę sobie, że byłam niewinna jak nieobsrana łąka. Co wrażliwsi mogą powyższe zignorować i nazwać mnie Pollyanną. 

Lato roku 2015 pozostawiło mnie z silnym przekonaniem, że muszę coś zrobić. Może pojadę do obozu dla uchodźców? Bez sensu, nie znam arabskiego, co bym tam miała robić. Może, jak znajomy dziennikarz, pojadę na Szlak Bałkański? To niczego nie zmieni, nikomu nie pomoże, mam ludziom batoniki proteinowe rozdawać? Bezczynność, ogrom nieszczęścia ludzkiego i światowego, jaki wtedy na mnie spadł była porażająca. Był to też doskonały pretekst, by nie zajmować się swoim smutkiem. Czymże jest zakończenie wielu etapów we własnym życiu wobec światowej klęski milionów ludzi? Niczym ważnym. A w życiu trzeba zajmować się tylko tym, co ważne.

Myślałam, myślałam, myślałam. Bezsilniałam, bezsilniałam, bezsilniałam. Rozpoczęłam pierwszą w życiu korporacyjną pracę i bardzo szybko moja pensja miesięczna zaczęła się podwajać. Pracowałam nawet w święta państwowe, łącznie z tymi wypadającymi w środku tygodnia. Wtedy właśnie zaczęłam nieco śmielej marzyć i tworzyć kosztorys upragnionej podróży do kraju, o którym panoszy się mnóstwo mitów i stereotypów, a o którym mało który Europejczyk wie cokolwiek więcej, niż głęboko w gardło i oczodoły wcisną mu amerykańskie lub kremlowskie media w języku polskim. Moja podróż do Iranu dała początek blogowi: teoretycznie – o podróżach, w praktyce – o demitologizacji Azji Zachodniej, zwanej europocentrycznym językiem „Bliskim Wschodem”. Rozpoczęłam „leczenie z nienawiści” poprzez edukację u podstaw. W internecie. Na blogu. Na YouTube. Na Instagramie. Wszędzie tam, gdzie mnie zapraszano. Byłam przekonana, że to ma sens, że zmieniam ludzkie myślenie.

Dziesięć lat później 20% z 67,31% osób mających polskie obywatelstwo i prawo głosu, oddało go na skrajną prawicę. W Polsce, w kraju rozjechanym przez nazistów 80 lat temu, kraju będącym państwem satelickim Rosji przez 44 powojenne lata, 20% ludzi oddało głos na spadkobierców faszystowskiej ideologii, członków towarzystw finansowanych przez Kreml, denialistów Holocaustu i antyfanów medycyny.

Dziesięć lat później uśmiecham się pod spoconym „wąsem” z politowaniem. Łąka nie tylko została osrana, ale i całkiem zadeptana. Zieje pustką i szarością ziemi wysuszonej na wiór brakiem śniegu i regularnych opadów deszczu. Czy za następne dziesięć lat będę pisała opowiadania z celi dla więźniów politycznych, skundlonych i splugawionych rasowo bądź narodowo, tęczowej, elgiebetowej zarazy i wszelkiego prouchodźczego paskudztwa? Mam nadzieję, że do tego czasu ludzi już na planecie nie będzie, uderzy w nas kometa i znikniemy. Ludzkość to najgorsze, co przytrafiło się Ziemi, jej florze i faunie. Ślepy zaułek ewolucji. 

Deszcz, wichura, błyski i burza za oknem ostatniego piętra bloku z wielkiej płyty nie ustają, temperatura nie spada. Monsun w centralnej Europie, ale przynajmniej zimą nie ma już śniegu, można zaoszczędzić i nie kupować ciepłych kurtek i butów. Niedługo nie będzie trzeba jeździć nad ciepłe morze do Włoch (a fe, tam są te brudasy-ciapasy), wystarczyć będzie tropikalny Bałtyk! Blisko, biało, polsko. Trzy plusy, zero minusów. Dalejże, palić węglem, wycinać lasy, polować na chronione gatunki, betonować żywcem miasta! Stop lewackiemu pokurwieniu! 

Gdybym była odważniejsza, już dawno popełniłabym samobójstwo, bo życie, kiedy na polsko-białoruskiej granicy umierają ludzie tylko dlatego, że nie są biali

kiedy mieszkańcy Palestyny rozsmarowywani są przez siły I-sra-HELLa i amerykański wojskowy sprzęt na krwawą miazgę

kiedy w polskim Sejmie i Senacie nie brakuje ludzi mających kontakty z rosyjską agenturą

kiedy rosyjska agresja na Ukrainę nie może się skończyć, bo imperialny palant nie ma takiego kaprysu, a drugi imperialny, pomarańczowy klaun pomoże Ukrainie tylko wtedy, kiedy ta pozwoli się mu ograbić

kiedy jest źle, ale będzie tylko gorzej, bo globalne ocieplenie dalej będzie powodowało konflikty tam, gdzie uderzy z najmocniejszą siłą, a ich potencjalne ofiary będą dalej szukały bezpiecznej drogi na północ, nie mając już nic do stracenia, jest koszmarem. Nie chcę oglądać wojny o wodę, podstawowe zasoby. Nie chcę oglądać straży granicznej europejskich państw strzelającej do uchodźców z Południa Świata. 

Niestety jestem tchórzem. Nie mam już gdzie uciec. Pollyanna umarła, choć nieco później, niż jej ukochany Dziadek. 

Zanim to się stało, spotkałam kogoś, kto podziwiał Pollynnę we mnie; kogoś, komu faktycznie potrafiłam pomóc zrozumieć świat, kto był dumny z każdego mojego edukacyjnego sukcesu i namawiał mnie na sięganie po więcej i więcej i więcej.  Choć leczenie z nienawiści praktykowałam w momencie spotkania już od trzech lat, to przy niej poczułam, jak ważna i sensowna jest moja praca. Skoro potrafiłam zmienić jej perspektywę, to powinnam zmieniać je innym.

Poznałyśmy się na sali treningowej. Wcześniej trochę podglądałam w Internecie jej niesamowite umiejętności akrobatyczne. Wiedziałam, że należymy do tej samej szkoły tańca w powietrzu:ona – jako instruktorka, ja – jako niezbyt zdolna kursantka. Wzbudzała mój podziw prezentując poziom, o którym ja nawet nie mogę zamarzyć. Miałam poczucie dzielących nas wszechświatów.

W pewien upalny piątek roku 2019 minęłyśmy się w korytarzu prowadzącym na salę treningową.

„Przepraszam, ale twoja opinia niewiele dla mnie znaczy” – na szarym tle. 

„Przepraszam, ale twoja opinia niewiele dla mnie znaczy” na granatowym tle. Koszulki wymieniły nasze życiowe dewizy zanim się do siebie odezwałyśmy.

— Fajne Plizery — powiedziałam, wskazując na fioletowe, zamszowe botki na dwudziestocentymetrowym obcasie i dziesięciocentymetrowej koturnie.

— To nie Plizery, to podróba z Chin. Połowa ceny, a zedrą się tak samo szybko.

Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, ale to była cała Batalia. Bezpretensjonalność. Pogoda ducha przysłonięta woalką mroku albo mroczny rdzeń niedbale okryty peniuarem dobrego humoru. Królowa Cebul. Mistrzyni kontorsji. Siłaczka. Najbliższa przyjaciółka.

Jakiż piękny byłby to wstęp do historii o przyjaźni przez następne dłuuuuuuugie lata, aż do śmierci!  Może napisałabym, na wzór Eleny Ferrante, „Cykl wrocławski”? Z tą różnicą, że że moja Genialna Przyjaciółka nie miała w sobie nic z podłości i złośliwości Rafaelli Cerullo. Co nie znaczy, że była bez wad, skończmy, proszę, z tymi hagiografiami – ludzie to ludzie. Skoro jednak piszę te słowa, układające się w krótką literacką formę, coś musiało pójść nie tak. Żadnego cyklu nie będzie.

Chociaż właściwie… Cykle były! I to ile! I wrocławskie! Cykle podawania kwasu zolodrenowego (straszny syf), a potem zbawiennej Xgevy. Cyklicznie, w niedzielę co 3 tygodnie wstrzykiwany Accofil. Cykle miesiączkowe zatrzymane przez implant wywołujący farmakologiczną menopauzę. Cykle badań obrazowych. Cykle załamania i cykle nadziei. Cykle chemii i konsultacji u onkolożki. Cykliczne przerzuty.

Trzeciego czerwca dwa tysiące dwudziestego drugiego roku umarła Batalia. A wraz z nią Pollyanna.

Udawałam przed sobą i przed światem, że jestem w stanie to ciagnąć, tę farsę „leczenia z nienawiści”. Nagrałam podkast, w który włożyłam pracę i wiedzę większej części mojego życia, ale mało kto o nim wie. Sfrustrowałam się, choć nie czułabym tego, gdybym posłuchała siebie z połowy 2022 roku mówiącą, że wszystko skończone. Że nic już nie ma sensu. Po co ja edukuję? Kogo ja edukuję? Czy to cokolwiek zmienia? Gadam sama do siebie. Nie mam na nic wpływu. 

Gdyby moje myśli słyszała Batalia, skomentowałaby je w sobie właściwy sposób – jednym dosadnym zdaniem: „Nie pierdol, tylko bierz się do roboty – nikt nie ma takiej wiedzy, jak ty”. Ale ona już umarła. Inaczej, niż ludzie na podlaskich bagnach

W Gazie.

W Libii

W Erytrei.

W Syrii.

W Iranie.

W Libanie.

W Jemenie.

W Afganistanie.

Na Morzu Śródziemnym.

Na Rio Grande.

Umarła inaczej, jednak rezygnacja odczuwana głęboko w brzuchu, w głowie, w sercu jest do siebie bardzo podobna. Tak samo ostateczna. Łatwiej wymienić miejsca na świecie, w których ludzie mają przywilej godnej śmierci ze starości, a nie głodu, wojny i wyczerpania.

Koniec lipca roku 2025. Wielka Brytania „grozi” Izraelowi, że jeśli działania zbrojne przeciwko cywilom w Gazie nie zostaną zaprzestane, uzna Palestynę jako kraj. Społeczność międzynarodowa wyraża zaniepokojenie. Niemcy ogarnęły, że może warto zrzucić jakieś palety z żywnością i plasterkami, choć wiadomo od wojny w Bośni i Hercegowinie – czyli od ponad 30 lat, – że tak dostarczana pomoc jest wręcz przeciwskuteczna. W amerykańskiej telewizji w języku polskim po dwóch latach przestano odmieniać Hamas przez wszystkie przypadki. Teraz Warner Bros pozwolił prezenterkom z napiętymi od emocji twarzami deklinować ludobójstwo. Rychło w czas! Czy świat się obudził? Nie, to akcja PR-owa. Ludobójstwo właściwie już się skończyło – sukcesem. Z Gazy nic nie zostało. Nie ma czego i za co odbudowywać. Jest trauma i okaleczenie. Ludzi, którym kończyny oderwały spadające bomby, łatwiej jest wysiedlić – „ewakuować”, „dla ich własnego dobra i bezpieczeństwa!”. W miejsce, z którego nigdy do Gazy nie wrócą. USA i spółka będą mogły robić na palestyńskiej ziemi, co chcą. Arabskie życia nic nie znaczą. Moje działania też.

 

Epilog

Byłam już gotowa do wyjścia, potrzebowałam jeszcze tylko ładnej torebki. Wyjęłam z szafy czarną, dużą kopertówkę. Otworzyłam ją, by spakować portfel, telefon i klucze, a moim oczom ukazały się wielkie kule zużytych chusteczek. Skąd się tu wzięły, dlaczego ich nie wywaliłam? Otworzyłam drugą przegródkę, a tam – to samo, zwitki starych smarków. Na dnie mniejszej kieszonki wyczułam dłonią coś jeszcze. Kartka papieru, a na niej adres. I wtedy całe moje ciało przeszył intensywny, bolesny skurcz. Ostatni raz tę kopertówkę miałam na pogrzebie Batalii. Oszołomiona znaleziskiem, pojechałam do kawiarni. Spokojny wieczór z żałobną kopertówką. Zamówiłam cappuccino. Wzorek na mleku ułożył się w dorodną cebulę.

Niby umarła, ale ciągle jest gdzieś obok – jak fotografia Dziadka Henryka noszona w portfelu od dekady. Może i w miejsce Pollyanny i Batalii zawita kiedyś jakaś Nadzieja.

Sierpień 2025

_____________________________________________________________________________

Opowiadanie zostało napisane i zgłoszone do konkursu zorganizowanego w ramach Festiwalu Opowiadania, nie zajęło żadnego miejsca.

0 Shares:
You May Also Like