Przygoda w Ghardai. AKT III – Post-Ghardaia

Categories Podróż
Ghardaia_Dimtchev

AKT III
Post-Ghardaia

Minęliśmy znak z przekreślonym napisem Ghardaia. Wreszcie poczuliśmy się bezpieczni. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, co się wydarzyło. Po raz pierwszy od przyjazdu mogliśmy przedyskutować wydarzenia, połączyć opinie. Kiedy okazało się, że Mateusz ma bardzo podobnie spostrzeżenia, zaczęłam nabierać coraz więcej obaw. Niesprecyzowanych co prawda, ale jednak lęk dominował. Z jednej strony próbowałam siebie przekonać, że nic się nie stało i nic nie mgło się stać, z drugiej – od lutego 2008 roku korzystam bardzo aktywnie i w każdy możliwy sposób z Couch Surfingu i nigdy nie miałam ani jednego negatywnego doświadczenia.

Scena 1: Policja

Na algierskich drogach krajowych blokady policyjne to nic nadzwyczajnego. Na drodze z Oranu do Ghardai widzieliśmy ich co najmniej kilkanaście. Patrol żandarmów/policjantów stoi na poboczu, fragment drogi zastawiony jest barierkami tak, by pojazd musiał zwolnić. Policjant/żandarm daje znak: „zatrzymaj się!” lub „droga wolna”. Każde spotkanie z punktem kontrolnym kończyło się do tej pory machnięciem ręki.

Nie minęło nawet pół godziny jazdy z Pięciomiasta, kiedy pierwszy patrol zatrzymał nasz autobus. Do pojazdu wszedł policjant/żandarm, drugi, z karabinem, stał przy drzwiach.

Boję się mundurów. Policyjnych, straży miejskiej, wojskowych, KAŻDYCH. Widząc ludzi w mundurach czuję się, jakbym popełniła przestępstwo, choć nawet nie wiem jakie. Cała się spinam, zaczyna mi szybciej bić serce i zasycha mi w ustach. Taka moja fobia.

Ten pierwszy poszedł na koniec autobusu i po chwili wyszedł z jakimś dokumentem w ręce. Odetchnęłam z ulgą. Jedźmy już, jedźmy już,  proszę jedźmy już.

Po chwili ponownie wszedł do autobusu, a kolega z karabinem wrócił na posterunek przy drzwiach.

– Madame, Monsier. Passeports s’il vous plaît.

Poczułam, jak kropla potu spływa mi po plecach.

Po kilku minutach, które dla mnie trwały wieczność, policjant/żandarm wrócił z paszportami, podziękował, a my odjechaliśmy.

Scena 2: Weryfikacja pozytywnych opinii

Po policyjnej kontroli umierałam z nerwów i stresu. Postanowiłam napisać do tych couchsurferek i couchsurferów, którzy wystawili mu pozytywne opinie, a były spoza Ghardai, i zapytać, jak było naprawdę. Odpowiedziały mi tylko dwie osoby.

Jedna była u Kacema kilka tygodni przede mną i opisywała dokładnie takie same rozkazy, nakazy i przykazy jakie Kacem wydawał nam, co oczywiście było nieprawdopodobnie irytujące i psuło wyjazd. Nie podejrzewała jednak nieczystych zamiarów.

Druga, jak się okazało, wcale nie nocowała u niego (kolejne kłamstwo, Kacem utrzymywał, że była o niego 3 dni), a spotkała się z nim na zwiedzanie. Potwierdziła również jego namolność, ale wykluczyła jakiekolwiek teorie spiskowe.

Początkowo nie chcieliśmy informować naszych algierskich przyjaciół o tym wszystkim, co nam się przytrafiło. Podejrzewając, że Kacem może mieć jakieś układy z algierską policją czy służbami bezpieczeństwa (których przeciętni Algierczycy i Algierki boją się z definicji), baliśmy ściągnąć na nich jakieś problemy. Po pewnym czasie nasze nerwy nie wytrzymały i musieliśmy o tym pogadać.

Kolegów bardzo rozbawiła nasza historia i stwierdzili, że trafiliśmy, tu cytat: „na czuba”. Nie uznali jego zachowań za możliwie powiązanych z polityką/policją/służbami.

Scena 3: Jesteście Couch Surferami, co?

Droga to Konstantyny trwała 12 godzin. Na postoju w środku nocy, jeszcze w półśnie, staliśmy przed autokarem, żeby rozprostować kości. Nagle podszedł do nas jakiś współpasażer i powiedział:

– Jesteście couchsurferami, co? He, he, he, he. Ja też kiedyś gościłem couchsurferów. I co pojechaliście na pustynię? Sebseb? Powiem wam tak, gówno widzieliście.

Scena 4: Nic się nie odzywacie!

Kacem od drugiego dnia pobytu naciskał na skontaktowanie nas z jego znajomymi z Bidżai i Konstantyny. Nie chce mi się już pisać, ile razu mówiliśmy mu NIE, ponieważ to powinno być dla Was jasne po lekturze poprzednich aktów.

Wyjazd z Ghardai nie osłabił jego zapędów kontrolnych. Wysyłał nam SMS-y, wiadomości na CS-ie, dzwonił. „Nic się nie odzywacie!”, „Halo, co u Was?”, „Dać wam numer do jego kolegi w XYZ?”

Na jeden czy dwa odpowiedzieliśmy czymś w stylu „U nas OK”. Za każdym razem, gdy widziałam jego próbę kontaktu z nami, robiło mi się niedobrze. Zaliczyłam też kilka bezsennych nocy rozmyślając o tym, co się stało, zastanawiając się, co więcej mogłoby się zdarzyć.

Na lotnisku wyrzuciliśmy algierską kartę SIM do kosza.

Scena 5: Air France wie więcej

Lotnisko w Algierze, dzień powrotu do Europy. Wykończeni po nieprzespanej dobie, ustawiliśmy się w klejce do odprawy bagażowej. Przyszła nasza kolej, rzuciliśmy plecaki na wagi. Pracownikowi Air France podałam nasze paszporty. Popatrzył na okładki, na nas, uśmiechnął się i powiedział:

– Byliście na pustyni, co? Ghardaia? Ech, to wy w ogóle pustyni nie widzieliście…

EPILOG
Oficjalna skarga

Pierwszym tekstem, jaki po powrocie napisałam, nie był wpis na bloga. Razem z Mateuszem usiedliśmy i przez kilka godzin formułowaliśmy mailową, oficjalną skargę do Zespołu ds. Bezpieczeństwa na Couch Surfingu. Kosztowało nas to sporo nerwów. Musieliśmy raz jeszcze, szczegół po szczególe, detal po detalu przejść przez nasze trzy ghardaiańskie dni i sformułować nasze zastrzeżenia i obawy w punktach, z których w żaden sposób nie dało się wykrzesać zwięzłości.

Reakcja – żadna. Kilka maili i obietnica obserwacji użytkownika. Jeśli jesteś zainteresowana/y, mogę udostępnić korespondencję.

Kacem wystawił mi przepiękną, pozytywną opinię – szkoda, że nie mogę jej usunąć. Próbował kontaktować się przez wiadomości serwisowe. Kiedy go zablokowałam, zaczęli kontaktować się ze mną jego koledzy. Zablokowałam wszystkich.

Nie wystawiłam negatywnej opinii, ponieważ boję się Kacema. Tak naprawdę nie wiem kim jest i co może. Wolałam napisać anonimowe zawiadomienie o naruszeniu regulaminu serwisu. Nie chcę się narażać.

Czyli jeśli nie mamy paranoi i coś faktycznie było nie tak, to co? Po tych 2 miesiącach nie mam wątpliwości, że coś tam ewidentnie nie grało. Nie mam pojęcia co, nie mam pojęcia, w jakim celu działo się to, co się działo. Mówienie czy pisanie o tej sprawie po raz kolejny wcale nie przynosi mi ulgi i dystansu. Elementem paranoi na pewno jest lęk przed powrotem do Algierii. Mało racjonalne fantazje na temat dominują. Prędko nie odwiedzę algierskich przyjaciół oraz miejsc, do których nie udał mi się dotrzeć, a które zobaczyć bardzo bym chciała.

 Posłowie

Zanim zarzucisz mi brak relatywizmu kulturowego, niezrozumienie, brak wiedzy i brak szacunku, puknij się w sam/a-wiesz-co. Albo poczytaj inne moje teksty i misję tego bloga. Jestem tu po to, by odzierać świat ze stereotypów, ale nie zamierzam naginać rzeczywistości do mojej filozofii zaufania, zainteresowania, edukacji i szacunku. Złe przygody mają miejsce na tym blogu tak samo, jak te najcudowniejsze.

Nie każde zachowanie intruzywne da się wytłumaczyć różnicami kulturowymi. Szacunek zawsze działa w obie strony, co powinno być oczywiste – zwłaszcza dla osób współtworzących społeczność otwartą, jaką jest platforma couchsurfingowa. Bez względu na to, czy Kacem był pionkiem policji, czy po prostu nieznośną dla nas osobą uważam, że nie powinno go być na Couch Surfingu. Jest zaprzeczeniem wszystkiego tego, czego od moich gości, hostów i couchsurfingowych przyjaciół nauczyłam się prze ostatnie niemalże 10 lat korzystania z serwisu. Kacem nie tylko położył cień na moich wspomnieniach z tak wspaniałego miasta, jakim jest Ghardaia, ale nadwerężył moje zaufanie w bezpieczeństwo Couch Surfingu (patrz: brak reakcji Zespołu ds. Bezpieczeństwa).

Oczywiście nadal będę gościć u siebie podróżniczki i podróżników, nadal będę szukać hostów w różnych miejscach świata, ufać ludziom, jeździć stopem i podróżować, bo to jest sens mojego życia i nie pozwolę go sobie odebrać jakiemuś przemocowcowi. Cień, niezrozumienie i złość wciąż we mnie pozostają. Liczę, że czas to zniweluje do minimum.

Sylwana

AKT I [klik]

AKT II [klik]